Chwalipięta
- No. W porządku. Dajemy to w dzienniku za pół godziny. - odrzekła bez żadnego entuzjazmu.
A fanfary? A wiwaty na cześć mojego dziennikarskiego talentu? Może chociaż przyjacielskie poklepanie po ramieniu? Nie to nie. Jeszcze mnie kiedyś poprosi o autograf. W sumie jak poprosi to dam. Mściwa nie będę. Tylko niech poprosi. Pliz, pliz. Wewnątrz wszystko we mnie skakało. Mój pierwszy samodzielny materiał za parędziesiąt minut będzie na antenie. Opanowałam jednak bulgoczące emocje i beznamiętnym tonem zapytałam:
- Czy jestem jeszcze dziś potrzebna?
- Nie. Niech pani zmyka do domu.- odrzekła wydawczyni nie wyściubiając nosa z komputera.
Ubrałam się, po czym całą swoją energię skumulowałam na udawaniu, że wcale mnie nie obchodzi fakt, że piętnastosekundowy wycinek wywiadu-rzeki pojawi się dziś na falach eteru. Upojona szczęściem, chwiejnym krokiem wyszłam z redakcji, prawie łamiąc sobie na schodach nogi. Odpychając się od ścian przeszłam przez korytarz na dole i chodem czapli przeszłam koło siedzącego w hallu strażnika, który popatrzył na mnie jak na dziwadło. Jeszcze bardziej musiał się zdziwić, kiedy po wyjściu z budynku odtańczyłam taniec godowy żurawi, a potem energicznie zaczęłam szarpać torebkę w poszukiwaniu telefonu.
- Halo! Mama! Aaaahahaha! Hihihi! Słuchaj najbliższego dziennika radiowego! Koniecznie! Hihihi! Nie. Ja tam nic nie będę mówić. Literat będzie gadał. To wszystko moja zasługa. I powiedz tacie. I jak możesz to zadzwoń do babci, niech pójdzie do sąsiadki, bo ona łapie nasze fale radiowe. Niech sobie posłuchają. - rozłączyłam się pozostawiając osłupiałą matkę rodzicielkę po drugiej stronie słuchawki.
Dobra. To już załatwione. Teraz biegiem do knajpy pochwalić się znajomym.

Komentarze (0):
Prześlij komentarz
Subskrybuj Komentarze do posta [Atom]
<< Strona główna