Traktem do Taktu
Właściwie to troche mi się nie chciało, tym bardziej, że byłam umówiona. Z drugiej strony była to moja jedyna szansa, żeby zrobić coś samemu.
"Jasne, chce mi się. I to bardzo. Bo ja w ogole lubię biegać. Gdyby nie dziennikarstwo zostałabym maratończykiem, a raczej maratonką, czy jakoś tak." - zaczęłam plątać się w odpowiedzi. Zauważyla, że podczas rozmow ze strszymi stażem dziennikarzami dostawalam slowotoku i zaczynałam mówić od rzeczy, a serce biło mi wowczas, ze zdwojoną siłą i czułam się jak na egzaminie. Gdyby ktos wystawiał za te moje wypowiedzi oceny musiałabym powtarzać rok.
"Wiesz gdzie jest siedziba "Taktu"? - zaptała moja zleceniodawczyni.
"Tak. Chodzę tam czasem ze znajomymi. Fajna knajpa." - odrzekłam z ulgą zadowolona, że wreszcie coś wiem.
"Nieee, ta knajpa to "Trakt", a mi chodzi o siedzibę kwartalnika "Takt". - odrzekła nieco rozbawiona.
"Aaaa... To nie wiem." - czułam, że na moich policzkach zaczynają pojawiać się dwa ogromne buraki. Co ona sobie o mnie pomyśli?
"Zaraz ci wszystko pokarzę na mapie. Właśnie sie tam zaczęło spotkanie literackie. Jeden z redaktorów obchodzi urodziny i z tej racji wyglosi mowę. O nic nie musisz go pytać, tylko ponagrywaj trochę przemowienia, a potem zrób z tego dźwięk do dziennika."- poleciła.
Pomyślałam, ze zaraz po moim wyjsciu zacznie opowiadac wszystkim, ze ta nowa szlaja sie po melinach z podejrzanym towarzystwem, do tego jest glupia jak but i nie ma pojęcia o zyciu kulturalnym miasta. Tymczasem jednak włączyłam turbodoładowanie i wystartowałam w kierunku redakcji "Taktu".

Komentarze (0):
Prześlij komentarz
Subskrybuj Komentarze do posta [Atom]
<< Strona główna