ngorongoro myląca nazwa

niedziela, 2 października 2011

Słowik od Hitchcocka

- Gotowe. - oznajmiła moja współpracowniczka i unosząc w górę kciuki obu rąk, dała do zrozumienia siedzącemu w drugim pokoju wydawcy, że może sprawdzić napisany przez nią tekst i odsłuchać zmontowany dźwięk.
Funkcję osoby, która dopuszcza przygotowane materiały na antenę pełnił dziś prawowity opiekun mojego stażu - redaktor Słowik, który właśnie wrócił z długie zwolnienia lekarskiego. Spędziwszy kilkanaście dni w domu, zdążył zregenerować zszargane nerwy i z tego co mówili redakcyjni koledzy, stał się nadzwyczaj łagodny. Zupełnie jak nie on.
- Dobrze, że nie musimy się obawiać wybuchu gniewu Słowika. - powiedziała Dagma. - Od powrotu zachowuje się jak tybetański mnich. Nic nie jest w stanie wyprowadzić go z równowagi. Ale wcześniej... Żebyś ty go widziała w akcji. Rzucał gromami jak słowiański bóg Perun. Teraz to prawie anioł. No po prostu dusza człowiek.
Słuchając Dagmy obserwowałam jednocześnie twarz naszego wydawcy, która stopniowo z bladożółtej zaczynała nabierać rumieńców, aż w końcu stała się buraczano-czerwona. Facet zaczął się trząść i przyciskać pięści do czoła. Po chwili usłyszałyśmy głośne wołanie - Stażystki!!! Gdzie są stażystki?! Niech tu zaraz do mnie przyjdą!
Niestety wcale nie przypominało to słowiczych treli.
Zaskoczone popatrzyłyśmy na siebie i skradając się na palcach weszłyśmy do pokoju wydawcy.

Komentarze (0):

Prześlij komentarz

Subskrybuj Komentarze do posta [Atom]

<< Strona główna