Mitologia radiowców
Cudem chyba jakimś znalazł się jeden wolny komputer, dzięki czemu mogłyśmy szybko zabrać się do pracy. Na dwunastą już nie zdążymy, ale przy dobrych wiatrach jeden krótki news powstanie na dziennik o 13 i drugi, trochę dłuższy na popołudniowe wydanie informacji. Super.
Zanim zdążyłam się zorientować Dagma już siedziała przed ekranem i wgrywała dane z minidisca. Pomyślałam, że zajmę się w tym czasie pisaniem podprowadzki, ale moja wszechstronna współpracowniczka ubiegła mnie i w tym.
Kiedyś wydawało mi się, że praca w radiu polega głównie na siedzeniu przed mikrofonem i gadaniu, czyli czymś w sam raz dla mnie. Widziałam w niej same plusy. Ciche, zaciemnione studio z kilkoma mikrofonami znajdującymi się na postawionym w centrum pomieszczenia blacie. Siedząc przed jednym z nich widać wielką na całą ścianę szybę, zza której uśmiecha się realizator dźwięku. Jeśli się założy leżące obok mikrofonu słuchawki, można usłyszeć polecenia i podpowiedzi, jakie daje osoba będąca po drugiej stronie. Oprócz jej głosu słychać tylko klimatyczne, spokojne piosenki, które wprawiają w błogi nastrój. I to co najważniejsze: w przerwach między nimi pojawiasz się ty - spiker radiowy, który może gadać co mu ślina na język przyniesie i nikt mu nie przerwie, bo przecież studio jest puste. Można więc bez skrępowania oddać się dywagacjom na najróżniejsze tematy, wypowiadać swoje zdanie w najbardziej kontrowersyjnych kwestiach albo opowiadać bajki o wszystkim. Jeśli ktoś nie chce słuchać, po porostu wyłącza radio a ty i tak możesz dalej gadać, gadać i gadać... Aż do utraty ostatniego słuchacza.
Z chwilą rozpoczęcia stażu w radiu moje wyobrażenie o nim legło w gruzach. Okazało się, że pomyliłam pracę radiowca z pracą opowiadacza bajek.
Mit numer jeden: W studiu wcale nie jest tak różowo, bo mimo upadku komunizmu w pewnych kwestiach nadal obowiązuje cenzura i tak zwane kontrowersyjne tematy, nie mogą być poruszane. Pojęcie to jest rozumiane tak szeroko, że niektórym rozgłośniom nie pozostaje nic innego, jak mówienie o "dupie Maryny", a i to nie zawsze, bo wulgaryzmów na antenie używać nie można. Akurat to ograniczenie jest słuszne. Nie chciałabym, żeby kiedykolwiek moje dzieci przytaczały niecenzuralne wypowiedzi usłyszane w porannej audycji. Tak czy siak, to jakie tematy pojawią się na antenie w znacznej mierze zależy od sponsora, który przecież w każdej chwili może wycofać swoje pieniądze. W rozgłośniach państwowych cenzor nie występuje pod nazwą sponsora, ale raczej partii politycznej lub jakiejś ważnej i bogatej szychy, ale i tak zawsze gdzieś jest i ma na wszystko baczenie. Ot i masz człowieku wolność słowa...
Mit numer dwa: Nie jest prawdą, że nikt nie przerywa dywagacji na dowolne tematy. Po pierwsze, realizator zawsze może wcześniej puścić jakąś piosenkę i tym samym zakneblować usta mówiącemu. Poza tym w studiu pojawiają się goście i trzeba ich od czasu do czasu dopuszczać do głosu. Nawet bardziej niż od czasu do czasu, bo przychodzą tu w charakterze ekspertów lub gwiazd i to ich zdania słuchacze są ciekawi, a nie jakiegoś tam pożal się Boże dziennikarzyny. Twoja praca ogranicza się więc do zadawania im pytań, co trwa krótko i nie daje szansy na pokazanie swoich możliwości oratorskich. Wręcz przeciwnie, oni mówią i mówią, a ty słuchasz jak ksiądz na spowiedzi, z tą tylko różnicą, że nie możesz zadać pokuty.
Mit numer trzy: Skoro była mowa o realizatorach, to nie zawsze są tacy sympatyczni jak mi się wydawało. Jak każdy, mają czasem gorsze dni i wtedy zza szyby zamiast promiennego uśmiechu widać szczerzące się do ciebie kły, a w słuchawkach słychać warczenie. Całe szczęście zdarza się to rzadko, bo jednak są oni ludźmi zdecydowanie spokojniejszymi niż dziennikarze. Bądź co bądź muzyka łagodzi obyczaje i do tego uspokaja. Jeśli nie jest to heavy metal albo disco polo rzecz jasna.
Mit numer cztery: Słuchacz może więcej niż tylko wyłączyć radioodbiornik. Może też zadzwonić do radia i nawrzucać prowadzącemu. Pół biedy jeśli zrobi to poza anteną. Biada temu komu przydarzy się to podczas audycji na żywo. Wtedy żadna cenzura nie pomoże.
Mit numer pięć (a właściwie micior gigant): Praca radiowca to nie tylko siedzenie w studiu przed mikrofonem. Ta część to zaledwie mały wycinek całości. Radiowiec najczęściej jeździ w teren i zbiera materiały do audycji, albo wyszukuje znane osobistości do programów na żywo. Potem zgrywa to na komputer i obrabia, żeby potem puścić na antenie. Poza tym musi sporo czytać i znać się na wszystkim. Komputer jest więc jego nieodłącznym towarzyszem. Razem z minidisciem stają się dla dziennikarza przyjaciółmi na dobre i złe. Znajdujący się w studiu mikrofon jest zaledwie dobrym znajomym, z którym radiowiec spotyka się tylko od czasu do czasu na krótkie pogawędki.

Komentarze (0):
Prześlij komentarz
Subskrybuj Komentarze do posta [Atom]
<< Strona główna