ngorongoro myląca nazwa

czwartek, 15 lipca 2010

Nie kojarzę tej imprezy

Maszyna widocznie pomyślała, że jej nieuzasadniony opór jednak nie ma sensu i dała za wygraną przez co montowanie poszło ekspresowo. Dwudziesta druga minuta na minidisku, bez większych poprawek. Po kwadransie materiał był zrobiony. Napuszona jak paw, (a raczej pawica… chociaż nie, jak paw jednak, bo pawice chyba się nie puszą) przeszłam do kolejnego etapu mojej pracy - pisania podprowadzki.
No dobra, ale właściwie co to za jubileusz był? Urodziny? Eee, w jego wieku to już wstyd obchodzić. To może imieniny? W ekspresowym tempie wyszukałam informacji na temat imienin Jaromira, śpiewając w myślach peany na cześć internetu i tego jak to dobrze, że w dzisiejszych czasach można sobie wszystko wyguglać i uzyskać informację w try miga. Peany odśpiewane a rezultat żaden. Jedne imieniny już były, a drugie dopiero będą. Poza tym przecież mówili do niego per jubilat czyli żaden z niego solenizant. Trzeba szukać dalej.
Wpisałam w wyszukiwarce hasło: Jaromir Szklarski. Na ekranie pojawiły się odnośniki do jego tworczości: „autor piętnstu książek, opracował kilkadziesiąt tomików wierszy innych poetów, współredaguje „Takt”, wielokrotnie nagradzany za swoje dokonania”.
- Spróbujmy inaczej pomyślałam „ Jaromir Szklarski, Takt, jubileusz” – wystukałam w okienku.
„ 25. lecie Taktu…” pojawiło się na ekranie. Hurra. Mam cię ptaszku. I kliknęłam w link chcąc dowiedzieć się czegoś więcej „…odbyło się w 2006 roku.”
No to się spóźniłam. Jakieś dwa lata z hakiem. No i klops. Więcej informacji brak. Przecież nie zapytam się wydawcy na jakim jubileuszu byłam, bo mnie weźmie za jeszcze większą idiotkę niż w tym momencie wyglądam.
Szanowny jubilat widocznie nie był na tyle szanowny, żeby zamieszczać obszerne informacje na jego temat w internecie. Wobec powyższego postaniwłam sama stworzyć mu życiorys z tego co zdołałam wynaleźć.
- Pani Karolinko, ma pani już tem materiał z trzydziestolecia pracy artystycznej Szklarskiego? – głos mojej wydawczyni uciszył burzę wywołaną w moim mózgu przez szare komórki i poczułam strumień gorącej miłości do tej kobiety. Byłam gotowa poświęcić dla niej wszystko, męża, rodzinę, dzieci i nosić ją na rękach do końca życia. Zaraz, ale tak właściwie jakiego męża?, jakie dzieci? Tak czy siak jedno zdanie tej babki rozjaśniło ciemność umysłu. Literat świętował trzydziestolecie twórczości. Hip hip hura na jego i moją cześć! No i jeszcze wydawczyni, która bezwiednie uchroniła mnie przed totalną kompromitacją.
Kamera, akcja i piszemy. Dziesięć minut później zadowolona stałam nad głową redaktorki czekając na jej opinię jak skazany na wyrok. Dodam tylko, że jak bardzo dumny ze swojego występku skazany.

czwartek, 8 lipca 2010

Wyścig z czasem

- Choroba. Jak się to ustrojstwo podłącza? – bezradnie spoglądałam na stojące przy komputerze i (jak mi się wydawało ) z nim połączone wielkie pudło z masą wejść, guziczków i kabli, z których jeden miał pasować do mojego malutkiego minidiska. Że też musiałam trafić na jedyny komputer, w którym podłącza się wszystko zupełnie inaczej niż w pozostałych. A miało być tak pięknie. Prawie jak w tej piosence:

„ Już zapisany dźwięk został w urzędzie,
słowa nagrane po kablu szły,
już wiedziałam, co z tego będzie
gdy na mej drodze stanąłeś ty.
Komputer mówią ci,
Utrudniasz życie mi
Ach jak utrudniasz to mi, głupi,
Oj głupi ty.”

- Co tam dziergasz? – głos drugiego redakcyjnego Romka, przerwał powstającą w mojej głowie radosną twórczość nie na temat.
- Eee. No właśnie jeszcze nic, bo nie umiem tego podłączyć. – wybąkałam.
- Dobra. Dawaj to ci pomogę, ale jak skończysz komputer jest mój. – odparł i po minucie zapis dźwięku pojawił się na ekranie.
- Tylko nie wiem kiedy, bo muszę znaleźć najpierw odpowiedni fragment.
- A na co robisz? – zapytał
- Na dziennik. – odparłam, chociaż właściwie sama nie wiedziałam czy dźwięk ten pojawi się w jednym z puszczanych co pół godziny dzienników informacyjnych, czy może w jakimś dłuższym materiale. Z przejęcia zapomniałam zapytać się o to wydawcy, a potem bałam się podejść drugi raz, więc zadecydowałam sama. A co tam niech i ja chociaż w minimalnym stopniu pobędę wydawcą swojego dźwięku.
- No to krótka piłka. Wybierzesz z tego 20 sekund i po sprawie.– ucieszył się.
Piętnaście do dwudziestu sekund – taką właśnie długość mają dźwięki puszczane w eter w jednej informacji dziennikowej w radiu . P I Ę T N Ś C I E sekund poprzedzone dwugodzinnym posiedzeniem u literata, które zaowocowało dwudziestopięciominutowym nagraniem i bolącą ręką trzymającą mikrofon. W dodatku wypowiedź, którą miałam zamiar umieścić w tych dwudziestu sekundach była akurat na końcu monologu artysty i żeby do niej dotrzeć trzeba było najpierw wgrać do komputera pozostałą gadaninę. Tak, tak stażystom nie dają superszybkich urządzeń wgrywających dźwięk w mgnieniu oka.
- Wiesz już co chcesz umieścić w dźwięku? – Romek nie zdawał sobie sprawy z mojej sytuacji.
- Eee, yyy… No niby wiem. – wydukałam
- No, to myk myk i zaraz będzie gotowe. – odparł beztrosko.
- Tyle, że ja mam to na końcu nagrania.
- A ile masz tego nagrania? – zapytał
- Jakieś dwadzieścia pięć minut – wyszeptałam i zapragnęłam zapaść się pod ziemię.
- Na jeden dziennik? Za jakie grzechy ktoś ci kazał tyle nagrywać?
- Chyba za te wszystkie wagary z polskiego. Dzisiaj miałam przyspieszony kurs poezji z akcentem ma poezję Jaromira Szklarskiego.
- Ojeju. No dobra, to ty się męcz a ja idę szukać innego wolnego kompa. – oświadczył zawiedziony. Zostałam sama z niechętną do współpracy maszyną.

środa, 7 lipca 2010

Radio romans

- Mam materiał, mam materiał – ta radosna myśl kołatała mi w głowie kiedy biegłam przez miasto. Chociaż właściwie jakie biegłam? Niewidzialne skrzydła unosiły mnie nad ziemią i wcale im nie przeszkadzało, że jestem cięższa o solidny kawałek toru otrzymanego od szanownego grona czcicieli jubileuszu jeszcze bardziej szanownego literata. Mknąc tak rozanielona minęłam radiową portiernię i forsując najtrudniejszą do pokonania przeszkodę w postaci drzwi, które trzeba było otworzyć specjalną kartą z czytnikiem wleciałam po schodach do redakcji.
- Mam materiał! – wykrzyknęłam ubierając tym samym moje myśli w słowa.
- To dobrze, a na jaki temat? – zapytała redaktor, która dziś była wydawcą i która z resztą sama mi ten materiał zleciła. W jednej chwili z moich skrzydeł zostały pojedyncze piórka.
- No o tym słynnym literacie, który miał dziś święto. – odparłam skołowana. Czyżbym sobie to tylko wymyśliła? W końcu tyle razy marzyłam o dostaniu własnego materiału, że może z tego wszystkiego wmówiłam sonbir, że muszę to nagrać. No ale z drugiej strony przecież nie słyszałam wcześniej o kwartalniku „Takt”. Zaraz, a może mi się to wszystko przyśniło? Może ja wcale nie byłam na imprezie u literata?
- Aaa, ten materiał… – redaktor Marlena Ruda rozwiała moje wątpliwości.
Znaczy, że jeszcze nie ześwirowałam i nadal odróżniam realność od fikcji. Uff, ale ulga.
- No to siadaj i montuj, – oznajmiła.
- A na którym komputerze? – zapytałam.
- Na którym chcesz. – odparła.
- To może skorzystam z tego w pani pokoju? – wyszeptałam nieśmiało.
- A broń Boże! – wykrzyknęła - Z tego nie. Zaraz będzie mi potrzebny.
Pierwszą zasadą, której musi trzymać się stażysta wradiu jest nie korzystanie z urządzeń, .które łączy wspólna przeszłość z nerwowymi dziennikarzami. Innymi słowy, jeżeli z danego komputera zazwyczaj korzysta jakiś radiowy pieniacz i do tego ten pieniacz ma akurat dyżur to pod żadnym pozorem nie można nawet popatrzyć w kierunku tego nieszczęsnego ustrojstwa. Pieniacze są mocno do nich przywiązani, bo łączy ich wspólna przeszłość, znają swoje sekrety, dbają o siebie, czasem się kłócą i myślę, że nawet po cichu się kochają, chociaż nikomu za żaden skarby świata się do tego nie przyznają. Takich miłostek między komputerem a jego panem nie ma w radiu wiele, ale jeśli już się zdarzają to osoby trzecie nie powinny się do nich mieszać. Ale nawet jeśli akurat dany komputer nie ma z nikim romansu to i tak trzeba liczyć się z tym, że może przyjść ktoś bardziej doświadczony od szarego stażysty i wykopać biedaka zostawiając go z niedokończonym materiałem. Niestety nie da się tego wcześniej przewidzieć. No ale jak mawiają dresiarze jest ryzyko, jest zabawa. Kierując się tą maksymą wybrałam kompa przy którym zwykle pracuje kierownik redakcji reporterów. Nie to, żeby od razu był między nimi jakiś romans. Ot, po prostu bardzo się lubią.
- Może i my się polubimy komputerku? – pomyślałam i uśmiechając się do monitora zabrałam się do pracy.