ngorongoro myląca nazwa

sobota, 9 lipca 2011

Służbistki

- Ale ci dali gradobicie. - Dagma z politowaniem popatrzyła na moją komórkę, z której właśnie miałam zadzwonić po taksówkę.
- Że co proszę? - zapytałam oburzona.
- Mówię, że chyba ci się trafił najgorszy telefon, jaki mieli. - oznajmiła.
- Wypraszam sobie. Może nie jest to model najnowszej generacji, ale ja się do niego przyzwyczaiłam. Poza tym co ci do tego? - moje zdumienie gruboskórnością koleżanki sięgnęło zenitu. Ja rozumiem, że w zawód reportera jest wpisana bezczelność, ale są granice.
- Nie jest to model najnowszej generacji? - powtórzyła za mną jak papuga. - Ja się zastanawiam, czy to jest telefon jakiejkolwiek generacji? Chyba prekambryjskiej. - zadrwiła.
- Wiesz, ty to czasem świnia jesteś. Co ci do mojej komórki? - odrzekłam, a prawa strona górnej wargi zaczęła mi się unosić odsłaniając kła. W obronie telefonu byłam w stanie nawet ugryźć, w końcu nie jedno razem przeszliśmy i nie pozwoliłabym nikomu obrażać mojej nokii. Nawet, jeśli nie była tak piękna i sprawna jak jej koleżanki.
- Dobra, już nic nie mówię. Chciałam pomóc, ale skoro chcesz żeby cię technicy radiowi robili w konia i wciskali najgorszy sprzęt, to proszę bardzo. Ja się mieszać nie będę. Znalazła się obrończyni złomu. - zadrwiła.
- Jacy technicy? Sama ją sobie wybrałam. Co radio ma do tego? - zażądałam wyjaśnień.
- No przecież to jest komórka służbowa. To chyba logiczne, że dostałaś ją od administratora. - odparła.
- Służbowa? Ja nie mam żadnej służbowej komórki. To jest moja prywatna i bardzo sobie ją cenię. - pomału zaczynałam wszystko rozumieć.
- No to kochana nie będziesz z niej dzwonić. Wystarczy, że na stażu płacą nam żebracze stypendia. Nie będziemy jeszcze dokładać do tego interesu. Zadzwonię z mojej. Służbowej. - podkreśliła w razie gdyby ktoś miał wątpliwości. - A ty jeszcze dziś idź do generała i poproś żeby tobie też taką sprawił. Nie będziesz przecież dzwonić z prywatnej.
- Do kogo? - zapytałam i zaczęłam się zastanawiać, czy ja nadal pracuję w radiu, czy może przenieśli mnie do najbliższej jednostki wojskowej, zapominając o tym poinformować.
- Kierownika administracji. Wiesz, tego z wąsami, co ci wydał identyfikator. - oznajmiła, a ja wspaniałomyślnie postanowiłam, że tym razem wybaczę jej te obraźliwe słowa, które przed chwilą kierowała pod adresem mojego telefonu.

czwartek, 7 lipca 2011

Po co komu minister?

- Ty patrz! To jest chyba minister szkolnictwa. - szturchnęłam Dagmę w ramię, kiedy ochłonęłyśmy nieco po udzielonej przeze mnie szczegółowej informacji dotyczącej wejścia na aulę.
- No, to chyba ona. - potwierdziła beznamiętnym głosem.
- To dawaj minidiska. - ponagliłam, myśląc, że ta jej spóźniona reakcja jest wynikiem szoku wywołanego spotkaniem z nierozgarnietą studentką.
- Ale po co? - zapytała, a ja zaczęłam podejrzewać, że w murach tej uczelni używanie szarych komórek jest wyłączane przez jakiś system. Może chodzi o to, żeby niewidzialną gumką wytrzeć studentowi wszystko, co zgromadził do tej pory w swojej łepetynie, po to żeby nie miał śmietnika w mózgu i mógł bez zakłóceń przyswajać nową wiedzę. Tabula rasa czy coś w tym stylu. Ciekawe, czy to działa także po wyjściu z budynku? Jeśli tak, to trzeba myśleć o ewakuacji, żeby i mnie nie dorwało. Ale najpierw wywiad z panią minister. Taka gratka nie zdarza się często.
- Dawaj ten mikrofon. - powtórzyłam zniecierpliwiona lecz kiedy po niego sięgnęłam, Dagma odepchnęła mnie ruchem dziecka, któremu zła koleżanka z piaskownicy chce odebrać ulubione wiaderko.
- Oszalałaś? Nie będziemy jej grały. Przecież to wapniara i nic ciekawego się od niej nie dowiemy. - rzekła oburzona. - Z resztą musimy wracać do radia, bo mamy mało czasu na obrobienie dźwięku. Dzwoń po taksówkę. Trzeba wykorzystać te karnety, które nam rano dał Kwietniewski.
Nie byłam w stanie przeciwstawić się jej władczemu tonowi (z resztą nie po raz pierwszy), więc jak potulny spaniel spuściłam głowę w dół i sięgnęłam po telefon.
Rektora diabli wzięli, minister też i nawet na arcybiskupa się połasili. Wracamy z lichą panią kanclerz i kilkoma studentami.

środa, 6 lipca 2011

Instrukcja obsługi studenta

- Ciężka choroba! - zagrzmiała Dagma odsłuchując nagrane przed chwilą wypowiedzi żaków. Znowu gadają same oklepane frazesy. Zero pomysłowości. Gdyby tak dorwać kogoś kto trafił na studia przez przypadek, bo się na przykład założył z kolegą. Albo chociaż jakiegoś wiecznego studenta. To byłoby coś.
- Przepraszam - cieniutki dziewczęcy głosik przerwał jej rozważania. Przed nami stała bardzo wystraszona pierwszoroczniaczka. - Może panie będą wiedziały jak mam dostać się na aulę?
Popatrzyłyśmy z Dagmą na siebie nie rozumiejąc o co jej chodzi. Drzwi do auli były otwarte na oścież i chociaż uroczystość już się zaczęła, to jednak ludzie swobodnie wchodzili i wychodzili, nie bacząc na nudne przemówienia.
- Widzisz te drzwi na wprost? - zapytałam, jakby dziewczyna miała wadę wzroku co najmniej minus siedem dioptrii. Dziewczyna chyba jednak widziała wyraźnie, bo przytaknęła skinieniem głowy. - To podejdź do nich i po prostu wejdź do środka. Są otwarte. - wyjaśniłam, żeby rozwiać wszelkie wątpliwości.
- Widzę, że są otwarte, ale jak tam wejść? - rzekło dziewczę.
Co za niekumata istota. Nie wiem jakim cudem dostała się na studia? Żeby nie mieć nawet tak elementarnej wiedzy jaką jest wchodzenie drzwiami do pomieszczeń. Skandal. Chociaż z drugiej strony, ponoć spora część genialnych naukowców była totalnie nieprzystosowana do normalnego życia. Może to jakiś przyszły "piękny umysł"? Skoro tak, to trzeba jej to wyjaśnić w sposób naukowy. - pomyślałam i zabrałam się do dzieła.
- Żeby dostać się do auli musisz użyć w tym celu swoich nóg, czyli obydwu dolnych kończyn. Pierwszą czynnością jest nakierowanie ich za pomocą informacji powstałych w mózgu i przekazanych nerwami do dolnej partii ciała czyli nóg. I tak przez uda, mijając kolana, łydki i stopy aż do koniuszków dużych palców.
Kiedy twoje kończyny będą już wiedziały w którą stronę mają się udać, dostosuj do nich resztę ciała. Chodzi o to, żeby tułów był nieposkręcany czyli głowa, szyja, ramiona, talia i nogi muszą być w tym samym ustawieniu, skierowane w tą samą stronę. Jeśli już twoje szare komórki znajdą odpowiedni kierunek startu ciała czyli nakierują je na drzwi auli, musisz wprawić dolne kończyny w ruch. W tym celu użyj nerwów uruchomionych za pomocą mózgu.
Teraz możesz zaczynać.
Noga za nogą kieruj ciało na aulę. Żeby dostać się do wejścia to znaczy przezroczystego otworu otoczonego pomalowanymi na biało, drewnianymi połączonymi za pomocą gwoździ, zawiasów i futryn deskami, w języku fachowców nazywanymi drzwiami, musisz przejść kilka kroków stawiając naprzemiennie jedną kończynę przed drugą robiąc między nimi niewielki odstęp.
Gwoli wyjaśnienia krok, jest stosowaną od starożytności, pozaukładową jednostką miary długości. Obliczysz go licząc odległość między śladami jednej stopy.
Po dokonaniu tej czynności znajdziesz się przy drzwiach.
Aby dostać się do środka auli stawiaj nogi w taki sam sposób jak poprzednio, z tą tylko różnicą, że musisz je unieść nieco wyżej, żeby przekroczyć znajdujący się na dole próg oddzielający podłogę hallu od podłogi auli. Wtedy znajdziesz się w środku. Możesz kontynuować tą czynność unosząc nogi jeszcze wyżej. Pozwoli ci to wejść po wystających stopniach zwanych schodami, biegnących równolegle po obu stronach auli i oddzielających od siebie trzy sektory siedzeń.
Jeśli uznasz, że wspięłaś się odpowiednio wysoko zatrzymaj kończyny, rozejrzyj się i namierz obiekt, fachowo nazywany krzesłem, na którym chcesz usiąść. Robiąc nieco mniejsze kroki pomału przesuń ciało w jego kierunku. Będzie to nieco trudniejsze niż normalne chodzenie, bo ograniczać cię będą po bokach równoległe rzędy siedzeń a niekiedy czyjeś kolana wystające ponad krzesła. Jeśli już uda ci się stanąć przy namierzonym obiekcie, obróć swój tułów w ten sposób, żeby zadnia część była ustawiona "twarzą w twarz" do krzesła, po czym ugnij kolana i nakieruj zad na siedzenie a następnie tą właśnie częścią przylgnij do niego, plecami zaś przywrzyj do oparcia.
Na koniec rozluźnij się i w tej pozycji wysłuchaj przemówienia rektora bijąc od czasu do czasu brawo przy użyciu dłoni. - po skończeniu wywodu spojrzałam na studentkę i stojącą obok Dagmę. Obie miały oczy wielkie jak brzoskwinie i buzie otwarte na oścież, jakby chciały nimi łapać muchy. Moja radiowa koleżanka nie przestawała do tego kręcić głową i powtarzać szeptem "Nie wierzę, ja po prostu w to nie wierzę". Studentka zaś jeszcze cieńszym głosikiem powiedziała, że ona wszystko rozumie, ale chciała się tylko dowiedzieć, czy jeśli nie ma indeksu ani legitymacji studenckiej (no bo niby jak ma mieć, skoro to jej pierwszy dzień), to czy wpuszczą ją na aulę.
- Wpuszczą wpuszczą. - powiedziała Dagma. - Nie ma obowiązku chodzenia na wykłady z dokumentami. Możesz wejść nawet bez dowodu osobistego. - wyjaśniła moja redakcyjna koleżanka.
Dziewczyna podziękowała dygając w starym stylu po czym oddaliła się w ekspresowym tempie.
- No wiesz. Głupota ludzka nie zna granic. - powiedziałam oburzona.
- Oj nie zna. - zawtórowała Dagma.

poniedziałek, 4 lipca 2011

Siła muzyki

- Dlaczego wybrałaś akurat tą uczelnię?
- Co dadzą ci studia na tym kierunku?
- Czym kierowałeś się w wyborze studiów?
- Czy uniwersytet spełnia twoje oczekiwania?
- Jakie masz plany zawodowe na przyszłość?
Te i tym podobne pytania zadałyśmy dorwanym po drodze żakom przybyłym na inaugurację roku akademickiego. Sądząc po niewyraźnych minach naszych rozmówców byli to pierwszoroczniacy. Niewielu starszych studentów chodzi przecież na takie drętwe imprezy.

Szanowny panie rektorze niech mi pan wybaczy moja bezczelność, ale zasłużył pan sobie na nią w pełni, bo jak się komuś zamyka drzwi przed samiuteńkim nosem, to na szacunek ze strony tej osoby nie ma co liczyć.
Z brakiem poważania
Ja

Jak już wspomniałam, poza najmłodszymi, reszta młodzieży akademickiej obchodzi rozpoczęcie roku mniej formalnie. Ich aulami są puby, a przewodnikiem naukowym nie rektor, ale trunek w kolorze moczu zwany piwem. Z jego udziałem niedoszli naukowcy dokonują pierwszych (a niektórzy już kolejnych) doświadczeń chemicznych, testując reakcje ludzkiego organizmu na wypicie jak największej ilości chmielowego trunku. Czyżby w dzisiejszych czasach każdy mógł zostać naukowcem? No cóż, jakie szkolnictwo, tacy naukowcy.
Na jaką imprezę inauguracyjną ma pójść student, któremu nie chce się słuchać nudnych przemówień uczelnianych szych, albo który nie czuje się na siłach w eksperymentowaniu z trunkiem w kolorze uryny? Po prostu przedłuża sobie wakacje i rozpoczyna nowy rok akademicki dzień później. Mały apel do rektorów: Pomyślcie nad ciekawszymi pomysłami świętowania początku roku niż zapraszanie ważnych notabli. Może oprócz ich udziału warto przygarnąć jakiegoś muzyka, który ułatwi wszystkim odnalezienie się w powakacyjnej rzeczywistości? Tylko błagam, niech to nie będzie śpiewak operowy.

Medialna współpraca

- Jakie wyzwania stawia sobie...
- Czy uczelnia przewiduje...
Dagma jednocześnie z redaktorką telewizyjną zaczęła zadawać pierwsze pytanie. Tyle, że zupełnie inne niż to, które zadała pani redaktor.
- Może byś dała mi dojść do słowa dziewczynko? - powiedziała z wściekłością reporterka.
- Dlaczego ja? Może to pani powinna dać się wykazać dużo młodszej koleżance z konkurencyjnego medium. Starość nie radość, młodość nie wieczność, o czym z resztą już się pani przekonała. A skoro nie wieczność, to trzeba jej dać pierwszeństwo.
- Nie bądź bezczelna mała, bo możesz wiele stracić. - zasyczała dziennikarka.
Trzeba było coś zrobić, bo pani kanclerz, zniesmaczona takim nieprofesjonalnym podejściem zaczynała, się niecierpliwić i istniało zagrożenie, że nam zaraz zwieje.
- Zróbmy tak - powiedziałam zwracając się do przedstawicielki telewizji. - jedno pytanie zada pani, drugie ja i tak na zmianę. Możecie zaczynać. - oznajmiłam wyrywając Dagmie mikrofon i starając się jedną ręką zatkać jej usta, a drugą odepchnąć za siebie.
- Dobry pomysł. - przytaknął Stasiu i nie czekając na reakcję redakcyjnej koleżanki oznajmił, że ma już włączoną kamerę i pora zaczynać.
Twarz pani kanclerz z purpurowej ponownie zrobiła się ziemista i kobieta z miną pokerzysty zaczęła odpowiadać na pytania. Po skończonym wywiadzie, nie wiedzieć czemu, szybko oddaliła się od nas, w taki sposób, że obserwator z zewnątrz mógłby pomyśleć, że ucieka przed dżumą albo inną groźną zarazą.
- Ale zostawiliśmy po sobie wrażenie. Podejrzewam, że ta babka nie zapomni dzisiejszego wywiadu przez długi czas. - zarechotał Stasiu i puścił do mnie porozumiewawcze oczko. Nie zdążyłam jednak zareagować, bo Dagma szarpnęła mnie za rękę i pociągnęła w kierunku stojących na korytarzu studentów. Kontem oka zauważyłam, że Stasiu został pociągnięty przez redaktor telewizyjną w zupełnie inną stronę. Wyglądało to jak odpychanie się dwóch jednakowych biegunów magnesu. Nie ma szans, żeby się kiedyś połączyły.

piątek, 1 lipca 2011

O wyższości telewizji nad radiem

- O, Radio Miejskie. - oznajmiła pogardliwym tonem dziennikarka lokalnej telewizji, kiedy z lekką niepewnością podeszłyśmy do nich, żeby za chwilę zjednoczyć siły we wspólnym nagraniu rozmowy z panią kanclerz. - A co to? Teraz was dwójkami wysyłają? Jedna jest pewnie od zadawania pytań, a druga od trzymania minidiska? No tak, przecież trudno pogodzić te dwie czynności. Jesteście prawie jak telewizja, tyle, że nasze minidiski są nieco większe, co nie Stasiu? - zarechotała wskazując na umieszczoną na statywie ogromną kamerę.
Żartownisia. Wymieniłyśmy z Dagmą porozumiewawcze spojrzenia, które mówiły "Co za wredne babsko z przerośniętym ego." i niezrażone zaczęłyśmy szykować sprzęt.
- Stasiu, czyżby koleżanki zamierzały nagrywać razem z nami? Mam nadzieję, że jednak nie. - kobieta najwidoczniej miała jakiś uraz do radia.
- No chyba jednak tak, bo byłyśmy tu umówione z panią kanclerz. - odrzekła sucho Dagma.
- Ależ koleżanki chyba nie sądzą, że się na to zgodzimy? - ciągnęła telewizyjna harpia.
- Ależ my się nie mamy zamiaru nikogo pytać o zgodę, bo pozwolenie już otrzymałyśmy wcześniej. Od naszej rozmówczyni. A poza tym nie jesteśmy pani koleżankami. Nie ośmieliłabym się nazwać koleżanką o tyle starszej ode mnie osoby. To byłoby faux pas. - zadziorność Dagmy przestała mnie już dziwić, a w tym wypadku zaczęła mi nawet imponować. Ma tupet dziewczyna. W takich sytuacjach to duża zaleta.
Słysząc to, kobieta zrobiła się czerwona i ogromna drgająca żyła pojawiła się na jej skroni. Tego było już dla niej za wiele. Pomyślałam, że zaraz nas stąd wykopie swoją diabelską racicą. To zdumiewające, że wszystkie walczące o nagranie materiału reporterki, kiedy widzą zagrożenie ze strony innej dziennikarki zaczynają przypominać diablice.
- Daj spokój Anetko. Nie ma co się denerwować gadaniem nieopierzonych małolat. Jeszcze im ta praca da po tyłku nieraz. Niech nagrywają z nami. - uciął spór wspomniany wyżej operator kamery Stasiu.
W tym momencie stojąca obok kanclerz, skończywszy rozmowę z jakąś ważną szychą, odwróciła się w naszą stronę i poprawiwszy natapirowaną fryzurę oznajmiła, że jest gotowa do wywiadu.
A więc zaczynajmy.