Księga dżungli
Czekając aż Dagma upora się z materiałem, który za wszelką cenę chciała zrobić sama, siedziałam bezczynnie, gapiąc się przez szybę na to, co działo się w sąsiednim pokoju.
Redakcja podzielona była na cztery częśći ścianami, z wbudowanymi w nie ogromnymi szybami zaczynającymi się mniej więcej na wysokości metra od podłogi. Do każdego z pokoi wchodziło się przez drzwi znajdujące się w długim, parówkopodobnym korytarzu z podłogą wyściełaną czerwonym dywanem, po którym przechadzały się codziennie radiowe gwiazdy. W każdym z pokoi były trzy komputery: dwa do pisania podprowadzek i jeden do montażu, co zważywszy na fakt, że ludzi w redakcji było przynajmniej trzy razy tyle, nieco utrudniało współpracę. Z tego też powodu panowało prawo dżungli i ci, którzy nie mieli komputera przypisanego do siebie, musieli walczyć o plamę pierwszeństwa do korzystania z któregoś z nich (jeśli akurat nie był używany przez prawowitego właściciela).
Walczono stosując dwa sposoby: najpierw używano metody "przyczajony tygrys, ukryty smok", która polegała na bacznej obserwacji stanowiska pracy, ale w taki sposób, żeby aktualny użytkownik nie widział, że jest inwigilowany. Jeśli siedzący przy komputerze ruszył się choćby na moment ze swojego miejsca, choćby tylko po to, żeby podnieść kartkę leżącą na podłodze, wdrażano metodę numer dwa, czyli walki podjazdowej. Tygrys, wykorzystując chwilę nieuwagi nieszczęśnika, wychodził z ukrycia i zgrabnym susem wskakiwał na jego miejsce.
W przypadkach, kiedy celem ataku był komputer do montażu, stosowano dodatkowo metodę tak zwanego "głuchego dziadka". Polegała ona na założeniu słuchawek montażowych i udawaniu, że jest się tak zajętym swoją robotą, że nie słyszy się obelg rzucanych przez dopominającego się o swoje prawa poprzednika.
Na końcu korytarza biegnącego przez radiową dżunglę znajdowały się jeszcze dwie pary drzwi. Za jednymi z nich było niewielkie studio, w którym co pół godziny prezenter informacyjny przedstawiał najświeższe wiadomości zbierane przez całą resztę, czyli nas, ludzi biegających z mikrofonami i piszących podprowadzki. To co przygotowaliśmy było czytane właśnie w tym miejscu, jeśli oczywiście wcześniej zostało zatwierdzone przez wydawcę.
Ostatnim pokojem, oddzielonym od studia szybą, było tak zwane pomieszczenie "nie wiem do czego". Znajdowały się w nim dwa komputery, jeden normalny i jeden do montażu. Był bardzo ciemny (zarówno w studio, jak i tutaj nie było żadnego okna) i prawie zawsze pusty. Czasem siedział w nim jakiś groźnie wyglądający facet, ale kiedy wychodził, nikt nie miał odwagi wejść do środka. Czyżby wszyscy się go bali? Król lew jakiś, czy co?
