ngorongoro myląca nazwa

poniedziałek, 26 września 2011

Księga dżungli

Czekając aż Dagma upora się z materiałem, który za wszelką cenę chciała zrobić sama, siedziałam bezczynnie, gapiąc się przez szybę na to, co działo się w sąsiednim pokoju.
Redakcja podzielona była na cztery częśći ścianami, z wbudowanymi w nie ogromnymi szybami zaczynającymi się mniej więcej na wysokości metra od podłogi. Do każdego z pokoi wchodziło się przez drzwi znajdujące się w długim, parówkopodobnym korytarzu z podłogą wyściełaną czerwonym dywanem, po którym przechadzały się codziennie radiowe gwiazdy. W każdym z pokoi były trzy komputery: dwa do pisania podprowadzek i jeden do montażu, co zważywszy na fakt, że ludzi w redakcji było przynajmniej trzy razy tyle, nieco utrudniało współpracę. Z tego też powodu panowało prawo dżungli i ci, którzy nie mieli komputera przypisanego do siebie, musieli walczyć o plamę pierwszeństwa do korzystania z któregoś z nich (jeśli akurat nie był używany przez prawowitego właściciela).
Walczono stosując dwa sposoby: najpierw używano metody "przyczajony tygrys, ukryty smok", która polegała na bacznej obserwacji stanowiska pracy, ale w taki sposób, żeby aktualny użytkownik nie widział, że jest inwigilowany. Jeśli siedzący przy komputerze ruszył się choćby na moment ze swojego miejsca, choćby tylko po to, żeby podnieść kartkę leżącą na podłodze, wdrażano metodę numer dwa, czyli walki podjazdowej. Tygrys, wykorzystując chwilę nieuwagi nieszczęśnika, wychodził z ukrycia i zgrabnym susem wskakiwał na jego miejsce.
W przypadkach, kiedy celem ataku był komputer do montażu, stosowano dodatkowo metodę tak zwanego "głuchego dziadka". Polegała ona na założeniu słuchawek montażowych i udawaniu, że jest się tak zajętym swoją robotą, że nie słyszy się obelg rzucanych przez dopominającego się o swoje prawa poprzednika.
Na końcu korytarza biegnącego przez radiową dżunglę znajdowały się jeszcze dwie pary drzwi. Za jednymi z nich było niewielkie studio, w którym co pół godziny prezenter informacyjny przedstawiał najświeższe wiadomości zbierane przez całą resztę, czyli nas, ludzi biegających z mikrofonami i piszących podprowadzki. To co przygotowaliśmy było czytane właśnie w tym miejscu, jeśli oczywiście wcześniej zostało zatwierdzone przez wydawcę.
Ostatnim pokojem, oddzielonym od studia szybą, było tak zwane pomieszczenie "nie wiem do czego". Znajdowały się w nim dwa komputery, jeden normalny i jeden do montażu. Był bardzo ciemny (zarówno w studio, jak i tutaj nie było żadnego okna) i prawie zawsze pusty. Czasem siedział w nim jakiś groźnie wyglądający facet, ale kiedy wychodził, nikt nie miał odwagi wejść do środka. Czyżby wszyscy się go bali? Król lew jakiś, czy co?

czwartek, 22 września 2011

Mitologia radiowców

Cudem chyba jakimś znalazł się jeden wolny komputer, dzięki czemu mogłyśmy szybko zabrać się do pracy. Na dwunastą już nie zdążymy, ale przy dobrych wiatrach jeden krótki news powstanie na dziennik o 13 i drugi, trochę dłuższy na popołudniowe wydanie informacji. Super.
Zanim zdążyłam się zorientować Dagma już siedziała przed ekranem i wgrywała dane z minidisca. Pomyślałam, że zajmę się w tym czasie pisaniem podprowadzki, ale moja wszechstronna współpracowniczka ubiegła mnie i w tym.
Kiedyś wydawało mi się, że praca w radiu polega głównie na siedzeniu przed mikrofonem i gadaniu, czyli czymś w sam raz dla mnie. Widziałam w niej same plusy. Ciche, zaciemnione studio z kilkoma mikrofonami znajdującymi się na postawionym w centrum pomieszczenia blacie. Siedząc przed jednym z nich widać wielką na całą ścianę szybę, zza której uśmiecha się realizator dźwięku. Jeśli się założy leżące obok mikrofonu słuchawki, można usłyszeć polecenia i podpowiedzi, jakie daje osoba będąca po drugiej stronie. Oprócz jej głosu słychać tylko klimatyczne, spokojne piosenki, które wprawiają w błogi nastrój. I to co najważniejsze: w przerwach między nimi pojawiasz się ty - spiker radiowy, który może gadać co mu ślina na język przyniesie i nikt mu nie przerwie, bo przecież studio jest puste. Można więc bez skrępowania oddać się dywagacjom na najróżniejsze tematy, wypowiadać swoje zdanie w najbardziej kontrowersyjnych kwestiach albo opowiadać bajki o wszystkim. Jeśli ktoś nie chce słuchać, po porostu wyłącza radio a ty i tak możesz dalej gadać, gadać i gadać... Aż do utraty ostatniego słuchacza.
Z chwilą rozpoczęcia stażu w radiu moje wyobrażenie o nim legło w gruzach. Okazało się, że pomyliłam pracę radiowca z pracą opowiadacza bajek.
Mit numer jeden: W studiu wcale nie jest tak różowo, bo mimo upadku komunizmu w pewnych kwestiach nadal obowiązuje cenzura i tak zwane kontrowersyjne tematy, nie mogą być poruszane. Pojęcie to jest rozumiane tak szeroko, że niektórym rozgłośniom nie pozostaje nic innego, jak mówienie o "dupie Maryny", a i to nie zawsze, bo wulgaryzmów na antenie używać nie można. Akurat to ograniczenie jest słuszne. Nie chciałabym, żeby kiedykolwiek moje dzieci przytaczały niecenzuralne wypowiedzi usłyszane w porannej audycji. Tak czy siak, to jakie tematy pojawią się na antenie w znacznej mierze zależy od sponsora, który przecież w każdej chwili może wycofać swoje pieniądze. W rozgłośniach państwowych cenzor nie występuje pod nazwą sponsora, ale raczej partii politycznej lub jakiejś ważnej i bogatej szychy, ale i tak zawsze gdzieś jest i ma na wszystko baczenie. Ot i masz człowieku wolność słowa...
Mit numer dwa: Nie jest prawdą, że nikt nie przerywa dywagacji na dowolne tematy. Po pierwsze, realizator zawsze może wcześniej puścić jakąś piosenkę i tym samym zakneblować usta mówiącemu. Poza tym w studiu pojawiają się goście i trzeba ich od czasu do czasu dopuszczać do głosu. Nawet bardziej niż od czasu do czasu, bo przychodzą tu w charakterze ekspertów lub gwiazd i to ich zdania słuchacze są ciekawi, a nie jakiegoś tam pożal się Boże dziennikarzyny. Twoja praca ogranicza się więc do zadawania im pytań, co trwa krótko i nie daje szansy na pokazanie swoich możliwości oratorskich. Wręcz przeciwnie, oni mówią i mówią, a ty słuchasz jak ksiądz na spowiedzi, z tą tylko różnicą, że nie możesz zadać pokuty.
Mit numer trzy: Skoro była mowa o realizatorach, to nie zawsze są tacy sympatyczni jak mi się wydawało. Jak każdy, mają czasem gorsze dni i wtedy zza szyby zamiast promiennego uśmiechu widać szczerzące się do ciebie kły, a w słuchawkach słychać warczenie. Całe szczęście zdarza się to rzadko, bo jednak są oni ludźmi zdecydowanie spokojniejszymi niż dziennikarze. Bądź co bądź muzyka łagodzi obyczaje i do tego uspokaja. Jeśli nie jest to heavy metal albo disco polo rzecz jasna.
Mit numer cztery: Słuchacz może więcej niż tylko wyłączyć radioodbiornik. Może też zadzwonić do radia i nawrzucać prowadzącemu. Pół biedy jeśli zrobi to poza anteną. Biada temu komu przydarzy się to podczas audycji na żywo. Wtedy żadna cenzura nie pomoże.
Mit numer pięć (a właściwie micior gigant): Praca radiowca to nie tylko siedzenie w studiu przed mikrofonem. Ta część to zaledwie mały wycinek całości. Radiowiec najczęściej jeździ w teren i zbiera materiały do audycji, albo wyszukuje znane osobistości do programów na żywo. Potem zgrywa to na komputer i obrabia, żeby potem puścić na antenie. Poza tym musi sporo czytać i znać się na wszystkim. Komputer jest więc jego nieodłącznym towarzyszem. Razem z minidisciem stają się dla dziennikarza przyjaciółmi na dobre i złe. Znajdujący się w studiu mikrofon jest zaledwie dobrym znajomym, z którym radiowiec spotyka się tylko od czasu do czasu na krótkie pogawędki.

Szeptem do mnie mów

Biegi przełajowe, slalom gigant, skoki narciarskie, rajd Paryż-Dakar. To wszystko pikuś w porównaniu ze sportami ekstremalnymi, które uprawia się w radiu. Trzeba mieć nie lada kondycję, żeby dotrzeć na czas z materiałem. Tak było i tym razem. Kierowca, który nas wiózł przemknął przez miasto niczym taksówkarz Daniel z kultowego filmu "Taxi". Radary policyjne nie zdążyły go wyłapać. Ale dla Dagmy to i tak było zbyt wolno i podczas jazdy krzyczała, żeby nie zatrzymywał się na zielonym tylko pruł przed siebie nie zważając na przechodniów.
- Po ludziach! - wrzeszczała, a ja gorączkowo szukałam czegoś, żeby zakneblować jej usta.
Całe szczęście dojechaliśmy do radia bez większych strat w ludziach. Ucierpiały jedynie moje nerwy, słuch kierowcy i zdarte jak stara zelówka gardło Dagmy. Miałam nawet cichą nadzieję, że koleżanka zaniemówi na jakiś czas i dzięki temu będę miała trochę spokoju. Moje życzenie niestety nie zostało spełnione, bo jej młody, zdrowy organizm był wstanie znieść o wiele więcej.
Porzuciwszy na chwile dzikie okrzyki, wyskoczyła z taksówki i nie czekając aż zostawię kierowcy kupony na przejazd, susami kangura wbiegła do budynku.
- A niech leci. - pomyślałam. Miałam już jej serdecznie dosyć, a moje uszy potrzebowały kilku chwil ciszy, dlatego nie spiesząc się ruszyłam w kierunku wejścia.
- No chooodź! - kilkaset decybeli zaatakowało mój słuch. W drzwiach stała Dagma i z miną nie znoszącą sprzeciwu wołała mnie do środka.
- No idę, idę - odrzekłam z entuzjazmem ekspedientki w sklepie mięsnym za komuny.