ngorongoro myląca nazwa

poniedziałek, 27 października 2008

Podpro to znaczy podprowadzka

"Musisz się tutaj pytać o wszystko, albo cie zleją całkowicie" - powiedziała dziewczyna, mniej więcej w moim wieku, która jak sie potem okazało do radia przyszla miesiąc przede mną.
"Aha, czyli nikt po mnie nie przyjdzie" - pomyślałam i zaczęłam łowić wzrokiem jakiegoś doświadczonego dziennikarza (bądź dziennikarkę), do ktorego moglabym się "przyssać". Wybór padł na Romka, którego twarz wydala mi się najbardziej ludzka. Jak sie poźniej okazalo mial on być moim opiekunem do czasu, kiedy wróci kierownik redakcji niejaki Jarek Słowik.
Wspomniany Romek kazal mi wybrać sobie z gazet trzy dowolne tematy i zrobic z tego trzy "podpro". Fajnie, ale co to sa te podpro?
"Podpro to inaczej podprowadzka, czyli tekst informacyjny, który się pisze, po zebraniu materiału i ewentualnym nagraniu dźwięku. Masz ubrać ten dźwięk w słowa." - wyjaśnił Romek.
"No to piszemy."- pomyślałam. Strannie wybrałam trzy tematy i pękajac z dumy zaczęłam pisać "podpro". Chyba sama Szymborska nie była bardziej dumna, kiedy jej wręczali Nobla. Myślałam sobie, że jestem tak utalentowana, że już pierwszego dnia piszę "podpro". Jakoś nie zastanowilo mnie wowczas, skąd niby oni mają wiedzieć o moim talencie skoro jestem tu dopiero od dwóch godzin. Telepaci? A moze inteligencja bije ode mnie na odleglość?
Po godznie teksty byly gotowe. Jeszcze komputer nie zdążył "ostygnąć" po mojej pisaninie, kiedy zjawil się moj redakcyjny "aniol stroz" i po szybkim zapoznaniu się z ma radosną tworczością, stwierdził, że napisałam bardzo "ludzkie" podprowadzki, po czym wszystkie wykasował...
"To jednak się do niczego nie nadają te moje podpro?" - zapytalam prawie ze lzami w oczach.
"Nie, no dobre są, ale na co mi one. Chcialem tylko zobaczyć jak piszesz." - odparł Romek i wyszedł z pokoju zostawiając mnie zbaraniałą i bezczynną.

środa, 15 października 2008

Rzeczywistość dziennikarza

Wściekłośc i zmęczenie. Tyle mogę powiedzieć po miesiącu pracy w radiu. Po pierwszym dniu byłam pełna werwy i chęci do pracy. Po raz pierwszy wchodziłam do najpiękniejszego wedlug mnie budynku w moim mieście - budynku rozgłośni radiowej. Alez bylam wówczas dumna z siebie. "Patrzecie ludzie" - myślalam - "oto idzie wielka dziennikarka. Wody rozstępujcie się, padnijcie narody." Wśród dźwięku fanfar, grzmiacych niestety tylko w mojej głowie, wkroczyłam w progi radia. Miła pani kadrowa zaprowadzila mnie do mojej redakcji. Wstyd przyznać, ale jeszcze wtedy nie wiedziałam jaka to będzie redakcja. Nie zależało mi, wazne, że była to...redakcja radiowa. Pamiętam, że szłam krętymi korytarzami i zastanawiałam się jak stąd wyjdę. Wreszcie dotarłyśmy z kadrową na miejsce. Redakcja informacji. Tu jest moje miejsce pracy.
Zaczęło się zebranie. Codziennie, gdy na zegarze wybija 8:37, po wysłuchaniu dziennika z 8:30 schodzą się radiowe szychy do naszej redakcji by ustalić co będziemy dziś robić. Pierwsze kolegium (bo tak fachowo sie to nazywa) "przestałam" na własnych, zmęczonych nogach. Nigdy potem nie popełniłam tego błędu. Z doświadczenia wiem, że najlepiej znaleźć sobie wygodne miejsce gdzieś na podłodze, niezbyt blisko naczelnego, ale też nie za bardzo w ukryciu, żeby się nie czepiali, że się migasz od pracy. Wracając jednak do pierwszego dnia. Zostałam przedstawiona zespołowi ludzi, których od dziś miałam widywać prawie codziennie. Nie zrobiłam chyba na nich piorunującego wrażenia, bo nikt nawet nie spojrzał w moją stronę. Jeden redaktor powiedział tylko, żebym się nie przejmowała, bo czego nie zrobiłabym, to i tak na pewno będzie to źle zrobione. Budujące.
Koleguim trwało ponad godzinę. W tym czasie zdążyłam przyjrzeć się hienom, które tylko czekają, abym stała się padliną."Ludzie o mocnych charakterach" - pomyślałam. Nie myliłam się. Po baardzo długim czasie zebranie się skończyło. Wszyscy się rozeszli do swoich zajęć, a ja zostałam na środku pokoju nie wiedząc co ze sobą zrobić.

wtorek, 14 października 2008

Ach jak chciałam dziennikarką być.

Dziennikarstwo to było moje marzenie od kiedy pamiętam. Zawsze chciałam pisać, a ponieważ do napisania ksiązki byłam zbyt leniwa, doszłam do wniosku, że będę pisać do gazety. Ale nie pisałam. Na to tez byłam zbyt leniwa. Moja twórczość ograniczała się do "produkowania" wypracowań znjomym, którzy mi za to płacili. Ot i cała pisanina. Potem poszłam na studia (prawnicze, a jakże) i moje twórcze myślenie zanikło na pięć lat. Dla niewtajemniczonych: na prawie nie ma kreatywności. Na trzecim roku zaczęłam odbierać sygnały z umysłu, że siedzenie w paragrafach to nie dla mnie. No ale co w takim razie co dla mnie? Afrykanistyka? Za późno, szkoda rzucać w środku studiów. A więc? "Dziennikarstwo" - podszeptywała mi mama. "Zrób podyplomówkę". Nie słuchałam. "E tam. Ja to w ogóle chcę mieć domek w górach, gospodarstwo agroturystyczne i chcę podróżować. Z podrózy przywiozę alkohol, ktory będę serwować w knajpce, którą otworzę w centrum miasta. Będą w niej meble z różnych stron świata i w ogóle będzie super." I tak o knajpce dalej myślę. Na razie tylko myślę...
W ten sposób minęło pięć lat studiów. Po drodze był jeszcze pomysł pilotiwania wycieczek. Nie wypalił. Zostałam z dyplomem magistra, bez pracy, z depresją. Wszyscy znajomi pracowali, a ja nie wiedzialam czego chcę od życia. Zapisałam się na języki i zaczęłam nowe studia. Moja mama jest prorokiem, bo to były studia dziennikarskie. Odzyskałam wiarę w siebie, doły i depresje zaczęły przechodzić.
Myślałam wtedy, że to co mnie kręci to jest dziennikarstwo prasowe, do czasu aż poszlam na warsztaty z radia tj. z dziennikarstwa radiowego. Pierwszy moment, kiedy posadzili mnie w studiu przed mikrofonem i miałam przeczytać wiadomości pamietam do dziś. Starałam się jak mogłam, żeby wyszło mi to jak najlepiej i... nie wyszło. Narodziła się za to moja nowa miłość. Było nią radio.
I tak po nitce do kłębka wylądowałam na stażu w jednej takiej rozgłośni radiowej.