ngorongoro myląca nazwa

środa, 29 czerwca 2011

Pora na telewizora

- No masz. - jęknęła Dagma.
- Co znowu? - pomału zaczęłam się już przyzwyczajać do wiecznego niezadowolenia mojej współpracowniczki.
- Telewizory. - odrzekła wskazując palcem na wprost.
- Gdzie? - zadałam kolejne pytanie, uświadamiając sobie, że przebywając w towarzystwie Dagmy granice mojego zdziwienia przesuwają się i niedługo zupełnie zanikną.
- No przecież pokazuję. Tam. - ponownie wskazała ręką w tym samym kierunku, jednak ja poza dwójką ludzi z kamerą i mikrofonem nie dostrzegłam niczego. A tak swoją drogą, po co na głównym hallu uczelni umieszczać telewizory?
- O rany, jaki z ciebie jest czajnik. Telewizory czyli ludzie z telewizji. - wyjaśniła właściwym dla siebie mentorskim tonem.
- No to co z tego? Przecież to normalne, że lokalna telewizja też robi relację z rozpoczęcia roku akademickiego.
- No dobra, ale obok nich stoi kanclerz. To znaczy, że będziemy razem nagrywać jej wypowiedź. - ciągnęła.
- No i...? - dalej nic z tego nie rozumiałam.
- No i, no i... Pierwsza zasada reportera radiowego: Z telewizorami NIE gramy! - wyjaśniła moja koleżanka z miną jaką zapewne miał też Andrzej Wajda, kiedy kręcąc "Człowieka z marmuru" wyjaśniał Krystynie Jandzie jak ma zagrać scenę spotkania z żoną Mateusza Birkuta.
- Chyba nie mamy wyjścia i dziś musimy zrobić wyjątek. Tylko w ten sposób będziemy mieć wywiad z tą babką. - starałam się uświadomić Dagmie, że czasem trzeba schować wzajemnie urazy do kieszeni na rzecz większej sprawy.
- Taa... Tyle, że będziemy mieć słowo w słowo to samo co oni. No ale skoro już tak wyszło, to staraj się przynajmniej wetknąć im przed kamerę mikrofon z logo radia tak, żeby było je dobrze widać w kadrze. Niech wiedzą, że z nami to nie przelewki.
- Ale po co? - dziś moim pytaniom nie było końca.
- Po co, po co. Niech na ekranach telewizorów ludzie widzą, że nasze radio jest wszędzie tam, gdzie coś się dzieje. Może się wtedy przerzucą z ekranu na głośniki. Wzrok im odpocznie, a poza tym słuchając radia możesz robić w międzyczasie masę rzeczy, nie tylko wgapiać się bezmyślnie w duże pudło. Same korzyści.
Co racja, to racja. Czasem i moja koleżanka powie coś mądrego.

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Studencie nie idź tą drogą

- Dorwiemy panią kanclerz i ją przepytamy. - rzuciła Dagma kiedy znalazłyśmy się na auli.
- Dlaczego akurat ją? A w ogóle co robi taki uczelniany kanclerz? - zapytałam naiwnie, licząc się z faktem, że za chwilę mogę zostać kolejny raz opierniczona za zadawanie głupich (w przekonaniu mojej koleżanki) pytań.
- W sumie to nie wiem. Zarządza administracją, czy coś... - odparła.
- No, wreszcie i ty czegoś nie wiesz. - pomyślałam z przekąsem i głośno dodałam - No to chodźmy zdybać tą uczelnianą Angelę Merkel.
Angela zajęta rozmową z jakimiś ważniakami kazała nam czekać na siebie za pięć minut na holu głównym. No cóż, pan karze, sługa musi. Ta przynajmniej nie zamknęła nam drzwi przed nosem.
Kierując się na miejsce umówionego spotkania dorwałyśmy po drodze kilkoro ubranych na czarno-biało ludzi i zakładając, że są oni studentami przepytałyśmy ich na okoliczność nadchodzącego roku akademickiego.
- Nudy - oznajmiła Dagma przesłuchując nagrane wypowiedzi. - Każdy gada, że studia dają im znakomite perspektywy na przyszłość, otwierają wiele możliwości, a po ich skończeniu każdy liczy na znalezienie dobrej pracy. Kto im takich bzdur naopowiadał? - wyznała szczerze zaskoczona. - Ktoś powinien ich wreszcie oświecić. Niech się frajerzy nie łudzą, że czeka ich świetlana przyszłość.
- Ty to potrafisz optymistycznie patrzeć na życie. - skwitowałam jej wypowiedź. Całe szczęście nie zdążyła zripostować, bo właśnie zjawiła się gotowa do rozmowy pani kanclerz.

Językowe dylematy

- Widzisz! Takie są skutki bratania się z konkurencją. - powiedziała z wyrzutem Dagma, próbując usprawiedliwić swoje niepowodzenie, albo raczej obwinić za nie kogoś innego, po czym pognała w kierunku auli uniwersyteckiej.
Zauważyłam, że od kiedy zaczęłam jeździć na wspólne nagrania z nadpobudliwą koleżanką po fachu, mój język zaczął się zachowywać jak gwiazda filmowa przechadzająca się po czerwonym dywanie. Stale chciał być na wierzchu i non stop wystawał na zewnątrz buzi tak, żeby go wszyscy dokładnie widzieli. Zachowywał się tak w sytuacjach, kiedy miałyśmy niewiele czasu i urchamiałyśymy w nogach piąty bieg, żeby zdążyć na czas z nagraniem. A że niemal zawsze czasu nam brakowało, toteż jęzor non stop dydndał na wierzchu obijając się o brodę, którą przy tym obficie ślinił sprawiając, że moja twarz często przypominała mordę wściekłego buldoga szykującego się do ataku. Czasem zęby chamowały nieco zapędy jęzora i przygryzając go w trakie większych podskoków zmuszały niesforny organ do ponownego schowania się w głąb paszczy. Niestety nie na długo, bo po chwili znów wyłaził oznajmiając wszystkim, że to on jest tutaj gwiazdą.
Często widziałam zniesmaczone spojrzenia mijanych po drodze ludzi, którzy postrzegali mnie jako pałającą żądzą zemsty skrzywdzoną narzeczoną, która biegnie ukarać swojego oprawcę, tocząc przy tym hektolitry piany z ust. Nie miałam jednak czasu się tym przejmować gdyż byłam zbyt zafrapowana próbą dogonienia uciekającej koleżanki.

środa, 22 czerwca 2011

Zwierzęcy pęd

Wielki wyścig Lucyferzyca kontra Gepardzica.
Miejsce: Uniwersytet
Czas: 9:50
Nagroda: wywiad z rektorem
Proszę państwa zawodniczki szykują się do wyścigu. Już tylko sekundy dzielą nas od wielkiego startu. Forma pań zachwyca, może wyglądają niepozornie, ale są już zaprawione w bojach. To na prawdę silne rywalki, a ich poziom jest tak wyrównany, że trudno przewidzieć która wygra. Szykuje się emocjonujące widowisko. Sekundant właśnie zaczął odliczać czas.
Trzy
Dwa
Jeden
Zero
Staaart!!!
I proszę państwa pognały! Pierwsza prosta należy do Gepardzicy! Rewelacyjna kondycja, co za forma! Ale oto pojawiły się pierwsze przeszkody. Skok przez płotki, a raczej krzesła. W tym etapie zdecydowaną przewagę ma Lucyferzyca. Nie ma się czemu dziwić, w końcu jest to doświadczona zawodniczka, która doskonale wie jak radzić sobie w takich sytuacjach. Mimo to młodsza konkurentka już depcze jej po piętach. Jeszcze nic nie jest przesądzone, bo przed nami kolejna runda: slalom gigant między rozstawionymi niczym pachołki pracownikami naukowymi. Panie wybrały różne trasy. Starsza zaczęła z lewej licząc, że łatwiej będzie jej przecisnąć się między drobnymi paniami profesor. Młodsza od prawej mając nadzieję, że swoim urokiem osobistym doprowadzi profesorów do rozstąpienia się przed nią niczym wody Morza Czerwonego przed Mojżeszem. Na prawdę trudno ocenić, kto wygra.
Panie przeciskają się w kierunku rektora w równym tempie. A przed nimi ostatnia prosta. Tylko chwile dzielą je od upragnionego wywiadu. Ale czy zdążą? Rektor jest już prawie przy drzwiach swojego gabinetu. Zawodniczki muszą dołożyć wszelkich starań, żeby dotrzeć na czas. Ale proszę państwa to nie jest łatwe, bo głowa uniwersytetu już wyciąga rękę, już dotyka klamki, już ją naciska. Drzwi otwierają się powoli i noga rektora przestępuje próg pociągając za sobą resztę masywnego cielska jej właściciela. Szef uczelni wtacza się do pokoju ubrany w odświętną togę i przekręca cały swój korpus, żeby zamknąć za sobą wrota najważniejszego pokoju w tym budynku. Nasze zawodniczki dobijają do mety niemalże równocześnie próbując wcisnąć swoje mikrofony między szparę w jeszcze nie domkniętych całkowicie drzwiach. Jednakże rektor okazuje się szybszy i wprawnym ruchem zatrzaskuje wrota tuż przed zgrabnymi nosami naszych zawodniczek.
Nieeee !!!!! Proszę państwa, cóż za druzgocąca porażka! A przecież tak niewiele brakowało. Co za niepowetowana strata dla polskiego dziennikarstwa.
Ale nie. Proszę państwa, oto wiadomość z ostatniej chwili. Będzie dogrywka. Jeszcze nic straconego. O terminie i miejscu będziemy państwa informować na bieżąco. Ja tymczasem dziękuję za uwagę i oddaję głos do studia.