ngorongoro myląca nazwa

czwartek, 27 listopada 2008

Jak zostalam monterem

Kierując się zasadą, ze co cie nie zabije, to cię wzmocni otrząsnełam sie i... usiadlam na dobrze znanym mi od wczoraj krześle. Po jakims czasie zjawił się Romek.
"Chcesz sobie trochę poćwiczyć montowanie?" - zapytal.
"To kim ja wlaściwe jestem, dziennikarzem, czy monterem?" - pomyślałam rozdrażniona, Romkowi zaś odparlam bez większego entuzjazmu - "Moze być".
W duchu zastanwiałam się co tez da mi do zmontowania mój przelzony? Meble, rusztowania, a moze rurociągi? Zebym jeszcze sie na tym znala. Piec lat studiow poszlo na marne. Trzeba bylo sie fachu uczyc, a nie w paragrafach siedziec. Przynajmniej teraz skorzystalabym na tym.
"Siadaj, zaraz uruchomie ci komputer" - powiedzial Romek.
"Tylko po co? Mam sie zapozanc z tematem zanim przystapie do pracy, czy co?" - pomyslalam i poslusznie usiadłam we wskazanym miejscu. Zobaczylam monitor a na nim zielony wykres, który na pierwszy rzut oka wyglądał jak takie urządzenie z monitorem, do którego podłącza się chorego w szpitalu. Ono tak pipczy, a wykres cały czas się przesuwa. Czasem linia na monitorze robi się całkiem prosta i to oznacza, ze pacjent zmarl. Osoba podlaczona do redakcyjnego komputera zyla i miala sie calkiem dobrze, bo wykres skakal jak szalony i daleko mu bylo do linii prostej. No dobra, ale co to mialo wspolnego z zawodem dziennikarza, a tym bardziej z fachem montera? Zbaraniec mozna w tym radiu.
"Załóż słuchawki." - rozkazał mój redakcyjny kolega starszy stażem i doświadczeniem (wiekiem z resztą też).
"No ladnie. Praca w halasie! Czy to nie jest szkodliwe dla zdrowia?" - zastanawialam sie nakladając ogromne nauszniki. W tym momencie do moich uszu dobiegł dźwięk kobiecego glosu: " ...eee... w tym roku ...mmm..., wypadkow bylo duzo mniej niz w poprzednim ...yyyy..., jesteśmy zadowoleni z tego ...yyyy..., gdyz ...mlask... nasza akcja przyniosla przyniosla rezultaty...." - mowił glos w sluchawkach.
"Musisz powycinac wszystkie eee, yyy, przerwy, zeby wypowiedź tej policjantki brzmiala płynnie. Na klawiaturze masz przysciski. Enterm stopujesz linię biegnącą po wykresie, myszką przesuwasz." - wytlumaczyl i poszedł.
Zabrałam się do roboty. Mniej więcej po poł godzinie moje dzielo było gotowe: "..tym rok dków bylo duzo mniej niz w poprzedni, steśmy zadowoleni z te, dyz asza akcja przyniosla ła rezultaty.." - mowila pani policjantka po mojej przerobce. Po dłuzszym namysle doszlam do wniosku, ze musze jeszcze poćwiczyc to moje montowanie.

wtorek, 25 listopada 2008

Hierarchia w radiu

"Wypadaloby tam pojsc." - pomyślałam. "Tylko jakos tak dyplomatcznie, zeby nikt nie zobaczyl, ze sie spoznilam." No i poszlam. Siadłam po scianą, dokładnie na przeciwko naczelnego.
"O! Jest nowa pani stażystka!" - zawołał i caly plan wejscia niezauwazona legł w gruzach. Moje policzki oblał krwistoczerwony rumieniec. W takim "makijażu" wysiedziałam do konca zebrania, wyglądając jak ruska przekupka na targu.
Po zakonczeniu "rozmów na szczycie" reporterzy rozpierzchli się po mieście w poszukiwaniu tematów, a dziennikarze informacyjni zasiedli przed komputery, by szukać w internecie ciekawych tematów. Na placu boju zostałam ja i dwójka praktykantów. Postanowiłam zrobic rozeznanie w terenie, więc zagadnęłam ich nieśmiało na temat tego kim są i co tu robią, a właściwie dlaczego nic nie robią.
"Powiem ci jaka jest hierarchia w radiu." - odezwała się praktykantka, która na pierwszy rzut oka wydała mi sie bardziej przebojowa niż jej kolega. - "Na górze jest naczelny i prezes. Są tu najważniejsi, a wlaściwie to tylko im się tak wydaje, bo radiowcy i tak robią wszystko po swojemu. Potem są kierownicy redakcji. Zaraz po nich dziennikarze-stare wygi. Tacy, co maja doswiadczenie i swoje programy. Dalej są ludzie z mniejszym doświadczeniem, ale mający stale zatrudnienie. Po nich są współpracownicy. Ci naganiają sie najbardziej. Chcą się pokazać z jak najlepszej strony, bo marzą żeby zostać tu na stałe. Potem długo, długo nic i jesteście wy, stażyści. Jeśli się mocno postaracie, to po zakonczeniu stażu wskoczycie w buty współpracowników. Jeśli nie, to przynajmniej nałapiecie doświadczenia. Po was jest znowu czarna dziura, a na jej końcu jesteśmy my - praktykanci." - moja rozmowczyni zakonczyła swoje rozważania pozostawiając mnie z buzią imitującą koparkę zgarniakową, z opuszczonym na dół zgarniakiem ( dla niewtajemniczonych zgarniak to ta duża łycha, którą nabiera się gruz, ziemię, czy co tam jeszcze). Mówiąc prościej po prostu kopara mi opadła. "W co ja się wpakowałam?" - pomyślałam przerażona.

piątek, 21 listopada 2008

Wyszli po angielsku

Jakos moje przybycie nie wzbudzilo większych emocji. Każdy robil swoje i miał mnie daleko gdzieś. "No dobra" - pomyślalam niezrażona tym "cieplym" przyjęciem. - "Trzeba brac się do roboty. Pisać podprowadzki, nagrywac audycje, dzialać, działac, działać... Hmm, ale jak mam dzialać, skoro wszystkie komputery są zajete? Malo tego, wszytkie krzesla sa zajęte. No wiecie co. Jak wczoraj chcialam odstąpić komus moje siedzisko, to nie było chetnych. Dzisiaj za to wszyscy się rzucili i ja musze teraz podpierać ścianę. W tym czasie mogłabym zrobić tyle rzeczy, a juz zbawic świat to co najmniej ze dwa razy. No ale jak to zrobić, kiedy się nie ma na czym siedzieć?" Zrezygnowana dorwalam jakąs gazetę i pogrązyłam się w lekturze. Ani się obejrzałam, a w pokoju zrobiło sie pusto. "Gdzie u licha oni wszysy się podziali? Pewnie nagrywaja swoje programy. He, nic mi nie powiedzieli, bo boja sie konkurencji. Ale nie uciekna i tak ich dorwę." Rozejrzalam się w koło i dostrzegłam przez szybę, ze ostatni pokój w redakcji jest pełny ludzi. Zebranie sie zaczelo, tylko nikt mi o tym nie powiedział. To byla podpucha. Chcieli sprawdzic moja czujność. Następnym razem, tak latwo sie nie dam.

sobota, 15 listopada 2008

Powróciłam

Następnego dnia szlam do pracy z duszą na ramieniu. "Zwolnią mnie, czy nie zwolnią za to wczorajsze wyjście piętnaście minut wcześniej? Rany, żeby skończylo się tylko na naganie." - myślałam przerażona. Przed wejściem do budynku chwilę się zawahalam. "W imie Ojca i Syna..., idę." Weszłam. "Nie zapomnij podpisać sie na liście." - myśli biegały rozkołatane po mojej głowie. "Jak zapomnisz to cie wywalą". Dobra, jest lista. Strażnik popatrzył na mnie srogim okiem. "Matko, on juz wie o wszystkim!" Czym prędzej zostawiłam parafkę i pobiegłam w kierunku drzwi prowadzących do redakcji informacji. "No ale jak je otworzyć nie mając identyfikatora?!" Raptem, jakby czytając w moich myślach drzwi się rozwarły na ościerz i z wnętrza wyłonił się Wąsacz w garniturze.
"Pani jest nowa?" - zapytał. "O nie! Wysłali ochroniarza, żeby mnie wywalil! Wykopią mnie stąd jak jakiegoś kowoboja z saloonu." - pomyślalam.
"Tak..." - odrzeklam przełykając ślinę.
"Dobrze. Mam dla pani identyfikator. Pani sie zgłosi po to później" - powiedział wąsaty.
"Dobrze..." - odrzeklam zaskoczona.
Trudno opisać maja radość po usłyszeniu tych slów. Hurra, zostaję w radiu! Mój występek został niezauważony! W podskokach, jak gazela pobiegłam na górę.
"Dzień dobry!" - huknęłam na caly regulator. A co tam, niech wiedzą, że juz jestem.

wtorek, 4 listopada 2008

Bardzo dlugie popoludnie

Po tym jak pierwsza faza oszolomienia minęla, zaczęło się moje zaznajmianie się z otoczeniem. Poznalam biurko, komputer, klawiaturę i krzesło, na którym zresztą siedziałam i siedzialam i siedzialam. Zastanawiałam się jak dlugo. Probowalam nieznacznie dać do zrozumienia Romkowi, że moze krzeslo owo bardziej przyda się komus innemu, będącemu w większej potrzebie siedzenia. Ja w tym czasie moglabym pochodzić sobie po okolicy i dojść na przykład do domu.
"Od której mam być codziennie w radiu?" - zagadnęłam ni stąd ni z owąd.
"Wystarczy żebyś przychodzila na zebrania. Wcześniej nie ma potrzeby." - odparł Romek.
"A do ktorej mam tu siedzieć?" - kontynuowałam wątek.
"No myślę, ze co najmniej do dziewiątej wieczorem." - powiedział z szelmowskim uśmieszkiem mój pierwszy w życiu przełożony, po czym puścil do mnie oczko.
"No dobra, ale ja dalej nie wiem o której wrócę do domu." - pomyślałam z trwogą. Postanowilam więc odsiedzieć osiem godzin i zapoznać się bliżej z internetem. Wskazówki zegara zastrajkowały i akurat tego dnia postanowiły przesuwać się wolniej. Wreszcie zostało piętnaście minut do godziny, w ktorej postanowilam skonczyć pracę. Wtedy Romek wyszedł na chwilę z pokoju, a ja czym prędzej złapałam moją kurtkę, rzuciłam pospiesznie "do widzenia" reszczie zalogi i zwiałam.
Człowiek ma przewrotną naturę, najpierw czegoś bardzo pragnie, a gdy już to osiągnie ucieka od swoich marzeń.