ngorongoro myląca nazwa

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Siła persfazji

No i klops. Okazało się, że nie ma wolnego auta. Kiedy oni je pozabierali? Przecież zebranie dopiero co się skończyło.
- Panie kochanieńki na pewno nic się dla nas nie znajdzie? - Dagma próbowała przekonać strażnika do wykopanie nowego samochodu spod ziemi.
- Panda Rakowskiej gdzieś pojechała. Jest tylko matiz Federowicza. - wyjaśnił ochroniarz.
- Dobra, bierzemy matiza. - wykrzyknęłam uradowana. W tym momencie wszystko zamarło. W przenikającej hall ciszy można było usłyszeć tupanie muchy na suficie. Strażnik patrzył na mnie jak na uciekinierkę z zakładu dla obłąkanych, a Dagma ciskała z oczu pioruny w moim kierunku.
- Czyś ty oszalała?! - wykrzyknęła ciągnąc mnie za rękaw w kierunku redakcji informacji. - Zapamiętaj sobie: jak reporterzy zgarną samochody przed tobą, masz jeszcze jedno wyjście, możesz próbować pożyczyć samochód z kulturówki. To służbowe auto Rakowskiej. Całkiem fajna babka i nie robi na ogół problemu, chyba że akurat ktoś z redakcji kultury jest w potrzebie. Ale oni rzadko jeżdżą rano, bo obskakują najczęściej wieczorne imprezy. - tłumaczyła poruszając się jednocześnie czymś na kształt marszo-biegu. - Jeśli jednak się okaże, że kulturalni gdzieś pojechali, a tobie się bardzo spieszy i nie masz czasu na autobus, to masz jeszcze jedną możliwość - pojechanie własnym autem.
- Ale ja nie mam swojego samochodu.- wysapałam "marszobiegnąc" po schodach.
- Ja też nie, a nawet gdyby, to nie mam zamiaru go używać do celów służbowych. Raz tylko pożyczałam od kumpla jego rzęcha jak musiałam pojechać na zamiejscowe nagranie. Wtedy to moje początki były. Wiesz, naiwność żółtodzioba. - oznajmiła z mentorską miną.
- Znalazła się doświadczona dziennikarka z prawie dwumiesięcznym stażem. - pomyślałam z przekąsem. Na głos zaś dodałam - No to co w takim razie trzeba wtedy zrobić?
- No wiesz. Pozostaje jeszcze taksówka. - odparła i wparowując do jednego z pomieszczeń stanęła nad głową redaktora Kwietniewskiego czyli zastępcy siedzącego aktualnie na zwolnieniu lekarskim mojego opiekuna, a jednocześnie kierownika tego przybytku.
- Nie mamy czym pojechać na nagranie. - bez ceregieli zakomunikowała.
- I co teraz? - żółwim głosem zapytał Kwietniewski obracając się powoli na krześle w naszym kierunku.
- Jak to co? Potrzebna nam taksówka. - ciągnęła moja redakcyjna koleżanka.
- No to łapcie ją - zachichotał.
- Ale przecież nie będziemy płacić z własnej kieszeni - odparła oburzona.
- O kolego! - wykrzyknął Kwietniewski na widok wchodzącego do pokoju redakcyjnego młodszego Romka machającego kluczykami do pandy. - Gdzie ty teraz jedziesz?
- Eee, no nagranie mam - odparł.
- Gdzieś w okolicach uniwersytetu może? - zapytał wice-kierownik.
- Właściwie parę ulic wcześniej. A co? - popatrzył zdziwiony.
- No to się świetnie składa. Będziesz miał dwie pasażerki. Dziewczyny, jedziecie z Romkiem. Podrzucisz je na uniwerek - zadecydował.
- A czym niby wrócimy? - Dagma nie czuła się usatysfakcjonowana takim rozwiązaniem.- Mamy to nagrać na 12. Nie wyrobimy się autobusem.
- Dziewczyny, ja z wami oszaleję. Macie karnety na taksówkę. Tylko mi już nie marudźcie - odrzekł wyraźnie zniecierpliwiony Kwietniewski.
- Dzięki szefie. - zanim się obejrzałam Dagma z Romkiem byli już w połowie schodów.
- Jak tak dalej pójdzie, to najdalej za miesiąc dostanę zawału - moje myśli sapały razem ze mną, kiedy wypluwając płuca próbowałam ich dogonić.

niedziela, 16 stycznia 2011

Papużki nierozłączki

- No to teraz mnie pochwalą za wczorajszy pierwszy samodzielny materiał. - pomyślałam zapominając o dzisiejszej "walce na łyżki" i lokując się wygodnie na dywanie obok Dagmy.
- Pani koleżanko ciekawa jestem, czy nas dziś znowu gdzieś razem przydzielą. - zagadnęła z przekąsem.
- Witamy panie koleżanki. Chodźcie tu bliżej do nas. - Inga, zastępca naczelnego zdawała się czytać w naszych myślach.
- Eee, nie. Nam tu dobrze. - niechętnie odrzekła Dagma i schowała się za ścianą.
- A ja pójdę - pomyślałam. - Trzeba być blisko jak mnie będą chwalić.
Tyle, że bliżej to właściwie nie było miejsca.
- Siadaj tutaj. - Aśka, córka jednej reporterki wskazała mi skrawek miejsca obok niej na krześle. Po ponad godzinnym siedzeniu w pozycji narciarza szykującego się do skoku nie miałam czucia w niczym. I do tego nikt nawet słowem nie wspomniałam o moim wczorajszym fenomenalnym materiale. Za to znowu połączyli nas z Dagmą. Jedziemy razem na kolejne nagranie.
Kierunek: uniwersytet
Cel: uroczysta inauguracja roku akademickiego
Ważne szychy: arcybiskup i jakaś minister
Czas: dziesiąta zero zero
O kurka, no to mamy pół godziny, żeby dostać się na drugi koniec miasta.

Reporterów portret własny

- Piiiip pip piiip pipipipi! To jest pip moja łyżeczka! Pipipipi! Szewczuk tyle razy ci mówiłem nie ruszaj pip nie swoich rzeczy! A już tym bardziej nie ruszaj moich rzeczy! Czy ty u diabła nie możesz sobie przynieść z domu swojej łyżeczki?! Czy to pip jest takie skomplikowane pip? !- redaktor Koń od samego rana w subtelny sposób dawał do zrozumienia, że pożyczanie cudzych rzeczy bez pytania nie jest zgodne z zasadami savoir-viveru, latając przy tym po pokoju z zaciśniętą w ręku łyżeczką do herbaty. Ten kulturalny inaczej facet był w gruncie rzeczy porządnym gościem tyle, że po wielu latach pracy w branży jego nerwy uległy znacznej eksploatacji. Tak jak nerwy większości pracowników redakcji informacji.
- Jak nie chcesz żebym zabierał twoją łyżeczkę to se kup sejf i ją tam zamknij! - ofiara Konia nic sobie nie robiła z usłyszanej przed chwilą reprymendy. Widocznie przywykła już do agresywności kolegi.
- Żebyś wiedział, że sobie kupię! I wiesz co potem zrobię?! Wsadzę cię pip do środka, żebyś nie zabierał mojej łyżeczki! - odparł czerwony z gniewu Koń, który mimo całej mojej sympatii do niego, bardziej przypominał teraz świnkę niż wierzchowca.
- Skończcie się kłócić i chodźcie na zebranie. Szefostwo idzie. - głos jednej z dziennikarek przerwał poranną "sprzeczkę" i dwaj skaczący sobie przed chwilą do oczu mężczyźni grzecznie potuptali do pokoju obok. Sprawy nie było. Łyżeczka, choć nieumyta, powróciła do właściciela.

sobota, 15 stycznia 2011

Chwalipięta

- No. W porządku. Dajemy to w dzienniku za pół godziny. - odrzekła bez żadnego entuzjazmu.
A fanfary? A wiwaty na cześć mojego dziennikarskiego talentu? Może chociaż przyjacielskie poklepanie po ramieniu? Nie to nie. Jeszcze mnie kiedyś poprosi o autograf. W sumie jak poprosi to dam. Mściwa nie będę. Tylko niech poprosi. Pliz, pliz. Wewnątrz wszystko we mnie skakało. Mój pierwszy samodzielny materiał za parędziesiąt minut będzie na antenie. Opanowałam jednak bulgoczące emocje i beznamiętnym tonem zapytałam:
- Czy jestem jeszcze dziś potrzebna?
- Nie. Niech pani zmyka do domu.- odrzekła wydawczyni nie wyściubiając nosa z komputera.
Ubrałam się, po czym całą swoją energię skumulowałam na udawaniu, że wcale mnie nie obchodzi fakt, że piętnastosekundowy wycinek wywiadu-rzeki pojawi się dziś na falach eteru. Upojona szczęściem, chwiejnym krokiem wyszłam z redakcji, prawie łamiąc sobie na schodach nogi. Odpychając się od ścian przeszłam przez korytarz na dole i chodem czapli przeszłam koło siedzącego w hallu strażnika, który popatrzył na mnie jak na dziwadło. Jeszcze bardziej musiał się zdziwić, kiedy po wyjściu z budynku odtańczyłam taniec godowy żurawi, a potem energicznie zaczęłam szarpać torebkę w poszukiwaniu telefonu.
- Halo! Mama! Aaaahahaha! Hihihi! Słuchaj najbliższego dziennika radiowego! Koniecznie! Hihihi! Nie. Ja tam nic nie będę mówić. Literat będzie gadał. To wszystko moja zasługa. I powiedz tacie. I jak możesz to zadzwoń do babci, niech pójdzie do sąsiadki, bo ona łapie nasze fale radiowe. Niech sobie posłuchają. - rozłączyłam się pozostawiając osłupiałą matkę rodzicielkę po drugiej stronie słuchawki.
Dobra. To już załatwione. Teraz biegiem do knajpy pochwalić się znajomym.