ngorongoro myląca nazwa

niedziela, 25 stycznia 2009

Pożegnanie z poetą

No to mam materiał. Poprzednie dwadziestominutowe nagranie można śmiało wyrzucić do kosza. Tylko, ze mój rozmówca dalej gada. Jeju, zaraz mi się wyczerpie bateria. Ja chcę do radia!
Po piętnastu minutach nie wytrzymałam:
"Dziękuję za rozmowę. Bardzo interesująca, na prawdę bardzo interesująca." - zapewniłam jubilata. "Żałuję, że nie mogę jeszcze posłuchać, ale sam pan rozumie, praca. Słuchacze pragną najświeższych informacji." Takie drobne kłamstwo nikomu nie zaszkodzi. Tym bardziej, że jest w słusznej sprawie. Muszę przecież jak najszybciej poinformować naród o jubileuszu redaktora Jaromira Szklarskiego. Pozostało tylko jedno małe niedomówienie... Z jakiej okazji ten jubileusz?
"Rozumiem. Dobrze, to już pani sobie poprawi tę moją wypowiedź, tak, żeby to miało sens." - poinstruował mnie poeta.
"O na pewno. Wydobędę z tej rozmowy samo sedno." - zapewniłam
"Jeszcze na pożegnanie dam pani dwa ostatnie wydania "Taktu". W wolnej chwili proszę sobie poczytać. I proszę pozdrowić ode mnie redaktora naczelnego. To mój bliski przyjaciel."
"Jasne, pozdrowię. Przy najbliższym spotkaniu przy piwku. Przecież tak się dobrze znamy, że co tydzień umawiamy się do knajpy." - zadrwiłam w myślach i z bananem przyklejonym do twarzy opuściłam spotkanie.
Fajny facet z tego literata. Tylko straszny gaduła.

środa, 21 stycznia 2009

Z kim ja rozmawiam?

"Mogę pana porwać na chwilę i zadać parę pytań?" - znowu zabrzmiało, jakbym byla z policji i robila przesłuchanie. Jeszcze tylko nakaz rewizji, dwóch goryli ze sobą i mogłabym robic za agentke wydziału zabojstw.

Oskarżony: Jaromir Szklarski,

Zawód: literat (ale konkretnie to nie wiem co literuje),

Zarzut: zrobił fetę na sto dwa przez co pokrzyżował szyki stażystce z radia, która spodziewała się spotkania literatów.

Szkody, jakie wyrządziło jego postępowanie: nieprzygotowaną na taką sytuację dziewczynę przyprawił niemal o atak serca. Znerwicowana stażystka od zaraz musi podjąc leczenie u psychiatry z powodu nerwicy i stanów lękowych pojawiających się na widok ludzi kultury.

Kara: w wywiadzie, ktory przeprowadzi poszkodowana z oskarzonym starać sie odpowiadac krótko, zwięzle i na temat, zeby stazystka nie miała potem problemów ze zmontowaniem zbyt długiej, albo pozbawionej sensu wypowiedzi.

Oskarzony kary nie wykonał. Gadał i gadał i gadał.

Wróćmy jednak do początku tej rozmowy. Literat ochoczo przystal na moja prośbę. Przeszliśmy do drugiego pokoju (tam gdzie myślałam, ze odbywa sie spotkanie literackie w jezyku migowym). Herbatka, torcik. Mozemy zaczynać. Tylko jeszcze trzeba wymyślić pytania. Hmm... Najlpiej odnosnie twórczości. Tylko co on tworzy? No właśnie.

"A więc na poczatek niech pan powie słuchaczom cos na temat swojej tworczosci." - w tym momencie przypomniały mi się wszystkie zasady gramatycznego i składnego tworzenia pytań. Pierwsza z nich brzmiała: "Nie zaczynaj zdania od "a więc". Trudno. Ta rozmowa i tak jest spisana na straty.

I zaczęło się. Najpierw dluga opowieść o dzieciństwie. A ja nie wiem co on tworzy. Potem jeszcze dłuższa opowieśc o studiach i życiowych mentorach. Dalej nie wiem co on tworzy. Wreszcie wspomnienie redakcyjnych kolegów. Teraz to w ogole nie wiem co oni wszyscy tworzą. Matko! Gada już prawie dwadzieścia minut! Jak ja mam z tego słowotoku wybrać 30 sekund? Stop. Zablokowałam minidiska. Dobrze, ze sie nie zorienwtował.

"...tworzyliśmy wbrew wszelkim regułom. Było to dla nas o tyle trudne, co ..." - mówił literat.

"Au, juz nie wytrzymam, zaraz mi odpadna rece od trzymania tego ustrojstwa." - cala moja uwaga skupiona była na robieniu mądrej miny, przekładaniu mikrofonu z jednej ręki do drugiej i zalowaniu, ze nie wzięlam ze soba statywu.

"Czas to przerwać'. - pomyślałam

"Jakie wskazowki dałby pan (jako doświadczony literat) mlodym ludziom stawiającym pierwsze kroki w tej dziedzinie?" - bezczelnie wtrąciłam w środku kolejnej bardzo dlugiej opowieści.

"Polecilbym mlodym poetom..."

"On jest poetą!!!" - w duchu zawyłam z radości. " Jeju jak ja sie ciesze, ze to wiem! Gramy. Minidisk. Dwudziesta druga minuta."

wtorek, 20 stycznia 2009

Służba nie drużba

Puk, puk. Czekam. Nic. Puk puk. Chyba mnie nie słyszą. Trudno, skoro nikt mnie nie zaprasza, sama się wproszę.
"Dzień dobry! Czy tu odbywa się spotkanie literatów?" - zapytałam starając się przkrzyczeć gwar. Naraz zapadła cisza i oczy wszystkich biesiadujących zwróciły się w moja stronę. Dopiero wtedy dosztrzegłam, jak idiotyczna była to sytuacja. Przeciez ja nawet nie wiedzialam, czy to sa literaci, a jeśli tak to czy poeci, pisarze, czy tez inny czort. Tak czy siak to co się tu działo w zadnym stopniu nie przypominało wieczorku poetycko-literackiego. Rzekłabym, ze bardziej wyglądało na najzwyklejsza w świecie bibkę. Stoły suto zastawione jedzeniem i alkoholoem, a przy nich elegancko ubrani ludzie w szampańskich nastrojach. Nie dostrzeglam, zeby ktos ze zgromadzonych czytał pezje. No chyba, ze tomiki mieli pochowane pod stołami i kontem oka zerkali na zawartość.
Kiedy pierwsze zdumienie na widok mojej osoby minęło, "chybaliteraci" wybuchnęli gromkim śmiechem.
"Spotkanie literatów powiada pani?" - zapytał siedzący najbliżej drzwi męzczyzna gestem zapraszając mnie do srodka. "No mozna to i tak nazwac. Bo widzi pani my tu mamy dzisiaj jubileusz" - ciągnął dalej, usadzając mnie na krześle. "i w najlepsze się bawimy z tej okazji."
"A z jakiego radia pani jest?" - zapytała jedna z literatek i nie byla nia mała szklaneczka przeznaczona do picia wódki, chciaż na stole mozna bylo sie kilku takich dopatrzyc.
Nieco wystarszona grzecznie jej odpowiedziałam zalując, ze przed wejsciem do tego przybytku rozpusty sama sobie czegos nie golenlam dla kurazu.
"A to pewnie zna pani Alinę Masłowską?" - kontynuowała moja rozmowczyni.
"Właściwie to ja tam znam niwiele osób, bo dopiero zaczynam. Jestem na stazu." - odparłam czując, ze gula w moim gardle coraz bardziej sie powieksza.
"Nie meczmy juz pani." - powiedzial ten sam człowiek, ktory zaprosił mnie do srodka. "Proszę, tu jest torcik. Niech sie pani poczęstuje. Kieliszeczek dla pani redaktor poproszę. Napije sie pani szampana za zdrowie jubilata prawda?"
"Który to ten jubilat?" - myślałam zatrwoażona. "Żeby chociaz siedział na honorowym krześle, a tu wszytskie miejsca takie same. A miałam tylko nagrać przemówienie. W co oni mnie wpakowali?"
Na głos zaś wydukałam -"Tort chętnie zjem, ale za szampana dziękuję. Jestem na slużbie."
Na służbie??? Co za baran ze mnie!!! Zabrzmiało jakbym przyszła kogoś aresztować. - "Poza tym muszę wracać do redakcji." - dodałam.
"Hahaha" - zabrzmiał tubalny głos mojego "opiekuna". - "Ale chyba wcześniej porozmawia pani z jubilatem? Oto on". - i ręką wskazał na siedzącego doklanie na przeciwko mnie starszego, siwego pana. No tak najciemniej pod latarnią. Po wszystkich tu zgromadzonych spodziewalabym się, ze maja jubileusz, tylko nie po nim. Był najcichszą osobą na tym spotkaniu. Ale przynajmniej dowiedzialam się który to. Uff. Co za ulga. Jeszcze tylko trzeba było go o coś zapytać. Tylko o co?

Nieproszony gość

Na moje nieszczęście redakcja "Taktu" miała swoja siedzibe na ostatnim piętrze kamienicy, więc kiedy z jęzorem wywieszonym na brodzie dotralam do budynku czekała mnie jeszcze stroma wspinaczka po schodach.
Ciemno, ciemno, schodek, piętro, ciemno, schodek, piętro, ciemno, auuu, potknęłam się o stopień, przerwa, schodek, ciemno. Wreszcie drzwi z napisem "Takt"! Dotarłam na miejsce! Huhuhuhu, głeboki oddech, chwila odpoczynku. Idę.
Weszłam i moim oczom ukazał sie ogromny przedpokój i dwoje drzwi. Zerknęłam przez szparę tych po prawej i zobaczyłam kilkanaścioro ludzi siedzących przy stole i w najlepsze ucztujących. O co chodzi? Gdzie spotkanie? Może pomylilam mieszkania?
W drugim pokoju było cicho. I to nie dlatego, ze odbywał się tam wykład w języku migowym. A swoja droga ciekawe, czy artyści potrafia tworzyć w migawkach?
"Spokojnie, bez nerwów. Trzeba przeanalizować sytuację" - pomyślałam i czułam jak gruba żyła zaczyna pojawiać się na mojej skroni. "Po pierwsze do radia bez nagrania wrocić nie mogę, bo mi juz nigdy nic nie zlecą. Więc zostaję. Tylko o co ja sie zapytam? Przecież nawet nie znam nazwiska jubliata i nie wiem jak wygląda. Stary, mlody? Chyba facet? Z naciskiem na "chyba". Żebym chociaż wiedziała co to za jublieusz. O czym oni w ogole piszą w tym "Takcie"? Trąba ze mnie a nie dziennikarka. Trzeba było to wszystko sprawdzic w redakcji."
Myślałam i myślałam i zaden mądry pomysł nie przychodził mi do głowy. Miałam za to wizję mojego zawodowego upadku. "Młoda dziennikarka wylądowala z hukiem jeszcze przed startem swojej kariery. Największa porazka w dziejach dziennikarstwa." - kompromitujące naglowki gazet lataly mi po głowie. Dobrze, ze towarzystwo w pokoju obok bawilo się na tyle dobrze, ze nie dostrzeglo sterczącej przy drzwiach wejściowych osoby z mikrofonem w dłoni, wyglądającej jakby potrzebowala specjalnej troski. No ale kiedyś wreszcie dostrzeże. Chciażby pod koniec imprezy, kiedy wszyscy będą sie rozchodzić do domów. To byl wystarczający powod, zeby przerwać literacką fetę na sto dwa.

niedziela, 18 stycznia 2009

Traktem do Taktu

Właściwie to troche mi się nie chciało, tym bardziej, że byłam umówiona. Z drugiej strony była to moja jedyna szansa, żeby zrobić coś samemu.
"Jasne, chce mi się. I to bardzo. Bo ja w ogole lubię biegać. Gdyby nie dziennikarstwo zostałabym maratończykiem, a raczej maratonką, czy jakoś tak." - zaczęłam plątać się w odpowiedzi. Zauważyla, że podczas rozmow ze strszymi stażem dziennikarzami dostawalam slowotoku i zaczynałam mówić od rzeczy, a serce biło mi wowczas, ze zdwojoną siłą i czułam się jak na egzaminie. Gdyby ktos wystawiał za te moje wypowiedzi oceny musiałabym powtarzać rok.
"Wiesz gdzie jest siedziba "Taktu"? - zaptała moja zleceniodawczyni.
"Tak. Chodzę tam czasem ze znajomymi. Fajna knajpa." - odrzekłam z ulgą zadowolona, że wreszcie coś wiem.
"Nieee, ta knajpa to "Trakt", a mi chodzi o siedzibę kwartalnika "Takt". - odrzekła nieco rozbawiona.
"Aaaa... To nie wiem." - czułam, że na moich policzkach zaczynają pojawiać się dwa ogromne buraki. Co ona sobie o mnie pomyśli?
"Zaraz ci wszystko pokarzę na mapie. Właśnie sie tam zaczęło spotkanie literackie. Jeden z redaktorów obchodzi urodziny i z tej racji wyglosi mowę. O nic nie musisz go pytać, tylko ponagrywaj trochę przemowienia, a potem zrób z tego dźwięk do dziennika."- poleciła.
Pomyślałam, ze zaraz po moim wyjsciu zacznie opowiadac wszystkim, ze ta nowa szlaja sie po melinach z podejrzanym towarzystwem, do tego jest glupia jak but i nie ma pojęcia o zyciu kulturalnym miasta. Tymczasem jednak włączyłam turbodoładowanie i wystartowałam w kierunku redakcji "Taktu".

czwartek, 15 stycznia 2009

Kochajcie zwierzaki

No i wreszcie doczekałam się pierwszego, samodzielnego materiału. Tego dnia nabiegałyśmy się z Dagmą jak głupie za rektorem jednej uczelni, który za nic nie chcial rozmawiać. "Dziennikarze są jak pieski" - powtarzała mi zawsze moja babcia. I maiała rację. Biegasz za kimś, zeby ci poświęcił chwilę uwagi, a on się tylko odgania i gdyby bicie zwierząt nie bylo karalne, wykopalby cię na księżyc. Rektor to szczwana bestia. Skutecznie udało mu się przed nami uciec, ale resztki ludzkich uczuć nakazały mu przysłać do nas panią kanclerz, która z anielską cieprpliwością odpowiadała na nasze nie do końca przemyślane pytania. Właściwie te nieprzemyślane padały z moich ust, bo za wszelka cenę pragnęłam zachować się jak rasowa dziennikarka i zpytać o cos rozmowcę. Tylko, ze to coś nie zawsze mialo związek z tematem, no ale bez pytań nie ma odpowiedzi. Tego zdążyłam się już nauczyć przez te kilka dni.
Kiedy wreszcie udalo nam się nagrać więcej niz co nie co, bo po drodze dorwalyśmy jeszcze paru zestresowanych studentów, którzy w obawie przed zagadaniem przez dwie nadmiernie ambitne dziewuchy zwięźle acz treściwie odpowiadali na temat szans świezo upieczonego absolwenta na rynku pracy. Odpowiedzi były pełne optymizmu i wiary w lepsze jutro. Marzyciele.
Z zapełnioną pamięcią sprzętu nagrywającego wróciłyśmy do redakcji na montowanie. Pierwsza zasada reportera: "Nagrywaj tyle, żebyś nie musiał potem siedzieć pół dnia i z ponad godzinnej gadaniny wybierać czterdziestosekundowego dźwięku, który w doadatku ma ręce i nogi". Gdybym tylko wtedy o tym wiedziała...
Tego dnia czas mojej pracy został wydłużony, jak krówka ciągutka i kiedy wreszcie uporałyśmy się ze wszystkim, jedyna rzeczą o jakiej marzyłam było zawinięcie się do domu.
"Chce ci się przebiec na miasto? - zapytała jedna z dziennikarek, która akurat była wydawcą.

środa, 14 stycznia 2009

Szlachetne

Przez kilka następnych dni stałyśmy się z Dagmą i mydelniczką nierozłączne. Jeździłyśmy na inauguracje roku akademickiego na różnych uczelniach, sprawdzałyśmy dziury w miejskich chodnikach, odwiedzałyśmy wystawy lokalnych twórców. Jednym słowem szukałyśmy sensacji gdzie się da. Dorobiłyśmy się miana "panie koleżanki" i bardzo nam to nie odpowiadało. Pora była zacząć działać na własną rękę.
"Jutro spóźnię się na zebranie i będę udawać, że mnie nie ma. Wtedy dadzą materiał tobie i wreszcie zrobimy cos osobno." - oznajmiła Dagma któregoś dnia. "Nie to, zebym miała coś przeciwko tobie, bo fajnie jest mieć do kogo gębę otworzyć w czasie zbierania materiałów, ale czas skończyć z robieniem z nas sióstr syjamskich."
Przystałam na to z ochotą. Następnego dnia spóźniłyśmy się obydwie. Coś mi się pomyliło i zrozumiałam, że to ja mam być tą spóźnialską. Obydwu nam się oberwało. Za spóźnienie rzecz jasna. Dostałyśmy tez kolejny wspólny materiał do zrobienia. Relację, z konferencji naukowej na temat twórczości Awangardy Krakowskiej w okresie dwudziestolecia międzywojennego. Sroga to kara za przyjście parę minut później. Już samo przeczytanie tytułu konferencji przyprawiało mnie o mdłości, a co dopiero wysłuchanie wystąpień mądrych profesorów.
Nie bylo rady, poszlyśmy. Pocieszałam się powtarzając w pamięci starą maksymę, że "cierpienie uszlachetnia". Tego dnia byłam najszlachetniejszą osoba w całej redakcji.